Czy w Maroko jest Kościół?

Czy w Maroko jest Kościół?

Wczoraj przyleciałem do Casablanki. Dziś rano wyszedłem sprawdzić w najbliższym wskazanym przez Google-maps kościele katolickim, o której sprawowane są msze święte. Okazało się, że o 10.00 (byłem pół godziny przed czasem) rozpoczyna się uroczysta msza święta z okazji 60 rocznicy święceń ojca Michela. Biskup Christobal w drzwiach kościoła ubrany w szaty liturgiczne witał wszystkich przychodzących, chór - na oko jakieś 40 osób - prowadził już śpiew, schodzili się ludzie tak odświętnie ubrani, jak u nas nawet na Wielkanoc mało kto się ubiera. Trochę byłem zaskoczony sytuacją, ale nikt się nie przejmował, że byłem w szortach, tylko zaprowadzili mnie do zakrystii, ubrali w szaty liturgiczne i dołączyłem do koncelebry.

Nie wiem, jak Wam opisać to uczucie... Jestem w Maroko, przyjechałem szukać jakichś chrześcijan, a tu nagle uczestniczę w przepięknej liturgii, tak zadbanej, że w niejednej polskiej parafii ministrantom zrobiłoby się wstyd. Procesja wejścia bez pośpiechu, wręcz żłówim tempem od razu dała mi poczuć, że ci ludzie kochają liturgię. Sposób, w jaki ministranci nieśli krzyż i Ewangeliarz, zdradzał od razu, że oni wiedzą czym są krzyż i Ewangelia.

Śpiew nie jeden raz przyprawił mnie o wzruszenie. Pieśni wykonywano po łacinie, w kilku językach afrykańskich, a Ojcze nasz zabrzmiało po arabsku. Widziałem, że uczestniczę we wspólnocie powszechnej, katolickiej, we wspólnocie, która jest domem dla wszystkich, która pozwala każdemu poczuć się u siebie. Nie kryję, że tak się właśnie czułem: w zupełnie obcym mieście, ale we wspólnocie, która jest moim domem.

Podczas homilii biskup mówił o powołaniu, o oddaniu życia Chrystusowi, o znaczeniu dla świata i Kościoła tych, którzy - jak ojciec Michel - całe swoje życie oddali służbie Ewangelii. Dodał od razu, że żyć dla Chrystusa nie znaczy jedynie być księdzem, ale powołani do życia według nowego ducha są wszyscy. Uczestniczyłem w liturgii wspólnoty, która świadoma jest swojego powołania: być w świecie nowym człowiekiem.

Mocnym momentem było rozdawanie Komunii świętej. Chciałbym, żebyście widzieli radość i dumę tych ludzi, którzy wyciągali ręce, żeby przyjąć Pana. Kobiety i mężczyźni, czarni i biali, bogaci i biedni - wszyscy z tym samym błyskiem w oku brali chleb, który stał się i ich czyni Ciełem Chrystusa.

Na koniec przemawiał ojciec Michel. Opowiedział o swoim życiu, ale jedna rzecz, o której wspomniał na samym początku zapadła mi w pamięć najmocniej: jego rodzice wyemigrowali z Francji, gdy miał półtora roku, i w Maroku szukali nowego życia. Powiedział to w Kościele pełnym migrantów z Sengalu, Czadu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Sudanu, Ghany... "Ten kościół zbudowali dla siebie Europejczycy - powie mi później w rozmowie proboszcz parafii - a dziś on żyje dzięki Afryce". Ojciec Michel wiedział, że mówiąc o migracji swoich rodziców budzi w sercach tych ludzi nadzieję, ale z drugiej strony daje świadectwo, że los migranta czy uchodźcy nie jest obcy żadnemu narodowi.

Po mszy wszyscy zostali zaproszenie na poczęstunek. Poznałem wtedy siostrę Marię, ze zgrmadzenia sióstr franciszkanek (swoją drogą na Bliskim Wschodzie chyba 75% księży i sióstr to jakaś rodzina franciszkańska...). Urodziła się w Aleppo, ale po maturze wstąpiła do zgromadzenia i kontakt z Syrią miała ograniczony. Nie znaczy to, że nie znała ojca Zygmunta, ojca Samiego i kilka innych osób, które są naszymi wspólnymi znajomymi. Przedziwne uczucie: wspominać z franciszkanką w Casablance ludzi i miejsca w Aleppo.

Dość prowokacyjnie zatytułowałem ten tekst. Kościół w Maroko jest, jest piękny, jest żywy i jest świadomy swojej roli w świecie. Więcej, jest domem, dla każdego, kto wierzy w Pana. Wybieracie się do Maroko? Koniecznie idźcie na niedzielną mszę do którejś z tutejszych parafii!

ks. Przemysław Szewczyk

"Dom Wschodni" działa dzięki Waszemu wsparciu! Będziemy wdzięczni za Wasz udział w budowaniu Domu Wschodniego w Polsce!