„Jak złodziej wkradnę się do Francji” – z Joelem z Wybrzeża Kości Słoniowej o Afryce, Europie, legalnej i nielegalnej migracji rozmawia ks. Przemysław Szewczyk

„Jak złodziej wkradnę się do Francji” – z Joelem z Wybrzeża Kości Słoniowej o Afryce, Europie, legalnej i nielegalnej migracji rozmawia ks. Przemysław Szewczyk

Tunis na wybrzeżu Afryki Północnej jest jednym z miast przyciągających mieszkańców Afryki subsaharyjskiej, którzy zmuszeni do opuszczenia swojego kraju, szukają nowego miejsca do życia i zdecydowali się podjąć wysiłek dotarcia do Europy. Joel pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej, od dwóch lat przebywa w Tunisie czekając na okazję przeprawienia się przez morze do Włoch, żeby dotrzeć do Francji. Rozmowę z nim prowadzi ks. Przemysław Marek Szewczyk.

Ile masz lat?

Przeżyłem już 25 lat na tym świecie…

…a od ilu jesteś w drodze?

Dwa lata temu opuściłem mój kraj, ale z całą rodziną zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia Abidżanu i domu, w którym przeżyłem dzieciństwo, już w roku 2010 Miałem wtedy 18 lat.

Urodziłeś się w Abidżanie?

Nie, urodziłem się w małej wiosce Gohitafla w rejonie Manawie. Mój tata znalazł dobrą pracę w Abidżanie, więc się przeprowadziliśmy całą rodziną. Miałem już wtedy dziewiątkę rodzeństwa… Mój tata kolejno poślubił cztery kobiety i w sumie jest nas szesnaścioro: ośmiu synów i osiem córek.

Twoja rodzina musiała być dość dobrze sytuowana – szesnaścioro dzieci!?

W Afryce to nie jest niezwykłe. Mój tata po wyjeździe z rodzinnej wioski nie mógł liczyć na wsparcie swojej rodziny, więc utrzymywali nas tylko nasi rodzice. Wyobraź sobie, że masz szesnaścioro dzieci i jesteś sam! To naprawdę dużo. W tyle osób mieszkaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu. Gdy prosiłem tatę o jakieś pieniądze, żeby wyjść spotkać się z przyjaciółmi, nigdy pieniędzy nie miał. Bardzo wcześnie więc musiałem sam szukać sposobu zarobienia jakichkolwiek pieniędzy. Zdecydowałem się przerwać szkołę, żeby samemu szukać środków do życia.

I z tego powodu wyjechałeś?

Tak, najpierw opuściłem moją rodzinę, która i tak nie była w stanie mnie utrzymać, zwłaszcza od czasu, gdy mój tata zaangażował się w politykę. Potem opuściłem Wybrzeże Kości Słoniowej.

Twój tata był politykiem?

Mocno się zaangażował po stronie jednego kandydata w wyborach prezydenckich w 2010 roku. W naszym mieszkaniu zorganizował spotkania polityczne. Mieszkańcy naszej dzielnicy, którzy popierali innego kandydata, przychodzili do nas i nam grozili: „Zobaczycie, co się będzie działo, jak wygramy!”. Wprost grozili nam śmiercią. I rzeczywiście po wygranych wyborach przyszli do nas w nocy i zaatakowali dom. Na szczęście udało nam się wyjść z domu, ale wszystko zniszczyli i ukradli co się dało.

To się działo w Abidżanie? W stolicy kraju? A gdzie była wtedy policja?

Tak, w Abidżanie. Takie rzeczy dzieją się w stolicy kraju. Policja? Wszystko działo się w nocy, więc nie przyszli. Zadzwoniliśmy na policję, ale nie przyjechali. Policjanci w mojej dzielnicy byli zwolennikami FSI, która wygrała wybory. Tylko jeden policjant, który mieszkał w naszej dzielnicy, nam pomógł i to dzięki niemu udało nam się wyjść z domu. Później mój tata złożył skargę w sądzie, ale nie znaleziono winnych, nie ukarano tych, którzy nas zaatakowali. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie wie. Przypadek mojej rodziny nie był wyjątkowy. Po wygranych wyborach zwolennicy nowego prezydenta zaatakowali tych, którzy w wyborach byli przeciw niemu. Wszyscy musieli uciekać z dzielnicy. Wiesz, u nas polityka wygląda inaczej. Żyje tu 63 grup etnicznych i tak naprawdę między nimi toczy się walka polityczna. Partii politycznych nie łączy program. Jeśli jesteś muzułmaninem, popierasz RADP. Wygrana polityczna jest wygraną nad innymi grupami. Moja rodzina odczuła to bardzo boleśnie. Nie wiem, czy wygrany prezydent wezwał swoich zwolenników do zachowania spokoju, ale nawet jeśli, to jego apel zupełnie nie miał dla nich znaczenia: atakowali pokonanych w wyborach przeciwników.

Nie było nikogo w twojej dzielnicy po stronie zwycięzców, kto stanął w waszej obronie?

Nie, nie było. Tylko ludzie popierający inne przegrane partie nam pomagali. Wszyscy przegrani razem jakoś się bronili przed zwycięzcami, ale tamci tylko wołali „Gangaba! Gangaba! Wygraliśmy! Wygraliśmy!” i atakowali domy przeciwników.

Co się działo później, jak uciekliście?

Podczas ucieczki oddzieliłem się od mojej rodziny, zostałem w Abidżanie, ale w innej dzielnicy. Zamieszkałem u przyjaciół i przeczekałem najgorsze dni zamieszek. Potem wróciłem do naszej dzielnicy, ale moich rodziców i rodzeństwa już nie było. Wtedy się dowiedziałem, że mój tata był zmuszony wrócić do swojej wioski. W Abidżanie jednak stracił wszystko, nie miał żadnych pieniędzy, żeby rozpocząć uprawę pola. Nie miał żadnych środków na nasze utrzymanie, więc zostałem u przyjaciół w Abidżanie. Jakoś przeżyłem kilka lat utrzymując się z własnej pracy. Sprzedawałem telefony. Miałem swój stragan przy ulicy, ale w 2018 roku rząd postanowił uporządkować ruch uliczny i wyrzucili wszystkich. Wtedy uznałem, że w Wybrzeżu Kości Słoniowej nie mam szans na normalne życie i wyjechałem z kraju.

Czym się kierowałeś szukając nowego miejsca do życia?

Portale społecznościowe. Zacząłem rozmawiać z ludźmi, którzy już wyjechali, i dowiadywać się różnych rzeczy. Tunezja jest jednym z nielicznych krajów, który nie wymaga od nas wiz, więc przyjechałem. Widzisz, ilu tu jest ludzi z Afryki. Spotkałem kilku z moich sąsiadów, z plemienia bete, którzy też padli ofiarą agresji po tamtych wyborach i którym też grożono im śmiercią. Większość tych Afrykańczyków, których widzisz, jest tu z tego samego powodu: grożenie śmiercią we własnym kraju.

Przynieśliście tutaj konflikty etniczne, których doświadczyliście u siebie? Spotkałeś w Tunisie kogoś z plemienia, które zaatakowało twoją rodzinę?

Tak, spotkałem, ale tutaj jesteśmy przyjaciółmi (śmiech). Tutaj przyjaciele, ale jak wrócilibyśmy do siebie, to byłby koniec przyjaźni (śmiech). Pewnie dlatego, że w naszym kraju wiemy, kto należy do której grupy. Tutaj wszyscy jesteśmy po prostu les blacks. Tunezyjczyk nie wie, że ja jestem z guro a ktoś inny z bete. Więc i my o tym zapominamy. 

Tunezyjczycy traktują was dobrze?

Zdarzają się przypadki rasizmu. Raz chciałem pojechać metro i siedziałem na peronie czekając na pociąg. Podeszły do mnie dzieci, coś do mnie mówiły, napluły na mnie, rzucały kamykami. Ich rodzice byli obok. Nie zareagowali. Nikt nic nawet nie powiedział. Chyba większość nas tu nie chce. Mówią: „wracajcie do siebie”. Podobno zabieramy im pracę i pieniądze wysyłamy za granicę. Na nas zrzucają winę za kryzys w swoim kraju. To przez nas podrożały warzywa, bo my mamy pieniądze! (śmiech). Ale mam też przyjaciół wśród Tunezyjczyków, którzy są bardzo uczciwi i dobrzy. Zwłaszcza ci, którzy nas znają, wiedzą więcej o sytuacji w naszym kraju, są dużo bardziej życzliwi.

A jeśli chodzi o instytucje państwowe, jak was tutaj przyjmują?

Legalnie możemy przebywać przez trzy miesiące od dnia przyjazdu. Po trzech miesiącach trzeba mieć kartę pobytu, ale dają ją tylko studentom, więc wszyscy Afrykańczycy w Tunisie przyjechali tu na studia (śmiech). Jeśli chcesz się zalegalizować, musisz zapłacić za studia, żeby dostać legitymację studencką. Jeśli jej nie masz, przebywasz na terenie Tunezji nielegalnie. Jak cię złapią, odeślą cię do kraju. Kilku moich przyjaciół złapali i odesłali.

Studia to jedyny akceptowany powód, żeby wydać kartę pobytu? Wykonywanie pracy nie upoważnia do zabiegania o zgodę na pobyt?

Nie, nie. Niektórzy pracodawcy zatrudniają tych, którzy zalegalizowali swój pobyt jako studenci. Pogodzenie pracy z rzeczywistym studiowaniem jest prawie niewykonalne. Jeden z moich przyjaciół jest studentem informatyki w Tunisie, ale obecnie pracuje przy zbiorze oliwek w Sfaksie. Większość zatrudnia na czarno ludzi, którzy przebywają tutaj nielegalnie. Wiesz, co to oznacza: raz zapłacą, a raz nie… I nie możesz złożyć na takich pracodawców żadnej skargi.

Jak więc wygląda obecnie Twoje życie w Tunezji?

Normalnie pracuję na budowie, ale w chwili obecnej szef potrzebuje tylko trzech z naszej grupy, więc nie pracuję i nie zarabiam. Jak jest praca, to za zarobione pieniądze mogę opłacić pokój i jedzenie. Próbuję w każdym miesiącu zaoszczędzić 100 – 120 dinarów. Od dwóch lat jakoś sobie radzę. Zaraz po przyjeździe znalazłem pracę w Szeba przy wyrabianiu betonu. Zaczynaliśmy pracę o 7.00 rano, czasem kończyliśmy przed północą. Dniówka wynosiła 15 dinarów, więc miesięcznie udawało mi się zarobić 350 dinarów. To było bardzo, bardzo trudne. Nie było dnia wolnego. Wspomnieliśmy pracodawcy o wolnej niedzieli. Odpowiedział, że „mężczyźni nie odpoczywają, odpoczynek jest dla kobiet” (śmiech). Sytuacja doprowadziła do tego, że dobrowolnie zaakceptowałem faktycznie niewolnicze warunki pracy. Wytrzymałem trzy miesiące. Pracowaliśmy tam we trzech Afrykańczyków. Dwóch moich kolegów zdecydowało się na przepłynięcie morza. Jeden teraz jest we Włoszech, drugi we Francji.

I jak sobie tam radzą?

Lepiej niż w Tunezji. Tam są prawa człowieka, jest więcej wolności. Tam też są jeszcze nielegalnie, nie mają dokumentów. W chwili obecnej przebywają w obozie. Wprost mówią, że ich życie tam jest cały czas bardzo trudne.

Ty też chcesz przepłynąć morze?

Oczywiście. Sytuacja mnie do tego zmusza. Nawet jeśli wiem, że samo przeprawienie się przez morze jeszcze nie jest przepłynięciem do raju. Wolę kilka lat cierpliwie czekać na papiery i znaleźć prawdziwą wolność, niż znosić tutaj los niewolnika pracując od siódmej rano do północy za 15 dinarów. 15 dinarów to 4 euro!

Słuchając twojej historii odnoszę wrażenie, że nigdy nie doświadczyłeś życia „z papierami”, jako obywatel mający w kraju zagwarantowane prawa. Twój kraj nie bronił Twojej rodziny, w Tunezji możesz być studentem, nie masz prawa pracować. To samo możesz przez lata przeżywać w Europie…

Tak, tak, tak… Ale w Europie nawet jak będę bez papierów, nikt nie będzie mi groził śmiercią, jest mniej rasizmu, będę bardziej wolny. W Tunezji muszę unikać wielu miejsc, tych gdzie mogą mnie złapać bez dokumentów. Jak mam do domu kilka kroków, ale musiałbym przejść koło policjanta, to zmuszony jestem obejść okolicę…

Ale tak samo będzie w Europie. Jak dostaniesz się nielegalnie, będziesz przez lata bez dokumentów we Włoszech lub we Francji…

Moi przyjaciele, którzy przepłynęli, wszyscy mówią, że dużo lepiej jest być nielegalnym w Europie niż tutaj. Pracują razem, razem przechodzą przez trudne momenty. Jak będę z nimi, będę czuł się dużo lepiej. Oni są jak moja rodzina. Innej już nie mam. Jestem pewien, że jak uda mi się przepłynąć przez morze i dołączyć do nich, będę w dużo lepszej sytuacji.

Próbowałeś przyjechać do Europy legalnie?

W Wybrzeżu Kości Słoniowej złożyłem podanie o wizę w ambasadzie Francji. Odmówili mi. Wypełniłem wszystkie papiery, ale teraz wiem, że to z powodów mojej sytuacji finansowej mi odmówili. Warunkiem uzyskania wizy jest posiadanie konta bankowego. Pozwalają przyjechać tylko bogatym, ale to nie bogaci chcą do nich jechać. W Tunezji odmówili mi nawet wejścia do ambasady, żeby zasięgnąć informacji. Dwa razy. Nie dali mi nawet prawa wejść do ambasady bez podania powodu. Może byłem źle ubrany (śmiech). Europa stawia przed nami mur. Jeśli nie otworzą drzwi, nie mam żadnego sposobu, żeby przyjechać legalnie. W ten sposób sami prowokują nielegalną migrację do Europy. I naprawdę nie znajdą sposobu, żeby ją powstrzymać. Ludzie znajdą zawsze sposób, żeby się przedostać. Przeprawa przez morze grozi śmiercią, ale to ludzi nie powstrzymuje. Jedyny sposób, żeby zatrzymać nielegalną migrację, to zostawić nam jakąś możliwość legalnego przyjazdu.

Słuchaj, ale jeśli ktoś ci mówi, że nie chce cię u siebie, to i tak wejdziesz?

Tak, nie mam wyjścia.

Nie boisz się, że jak przybędziesz nielegalnie do Europy, zostaniesz odesłany?

Nie, myślę, że Europejczycy ulitują się nad nami. U was są prawa człowieka. Jak dobijemy do brzegu, najpierw się ukryjemy, zmienimy ubrania. Zapytamy spotkanych ludzi o drogę. Jak spotkamy policjantów, ulitują się nad nami. Potem będę czekał razem z przyjaciółmi na papiery.

Jak w ogóle to się robi, żeby z Tunezji przepłynąć do Europy? To jest droga podróż?

Żeby przepłynąć morze trzeba zapłacić 4 500 dinarów, czyli około 1 500 euro. Sam proces trudno jest wytłumaczyć, to trzeba przeżyć. Pierwszy kontakt pojawia się w codzienności. Ktoś ci mówi, że zna pewnego człowieka, który ma łódź… To jest ktoś z nas, Afrykańczyk. Sugeruje, że możecie się zorganizować, znaleźć dużą grupę ludzi… To jest bardzo trudne. Tak naprawdę, to ci, którzy chcą popłynąć sami się organizują, ktoś wszystkim kieruje, zbiera pieniądze i jak już jest wszystko gotowe daje znać temu, który ma kontakt do człowieka z łodzią. Łodzie posiadają tylko Tunezyjczycy. W ustalonym terminie nocą kilka osób transportuje ludzi na brzeg morza. Właściciel łodzi daje nam kogoś do kierowania łodzią. Wsiadamy i wyruszamy mając nadzieję, że uda się przepłynąć morze. Przed wypłynięciem pieniądze trafiają do właściciela łodzi, więc on się o nią nie troszczy, a jego człowiek sam często szuka azylu w Europie. Po przybyciu do brzegu Europejczycy nawet nie wiedzą, kto kierował łodzią. Częścią umowy z właścicielem jest, że nie wolno go wskazać. Policja i straż przybrzeżna próbuje łapać organizatorów nielegalnych przepraw. Kar na samych migrantów się nie nakłada. Jak zostaną złapani i łódź zostanie zatrzymana, po prostu wracają na ląd. Słyszałem natomiast o wielu organizujących, których zatrzymała policja. Ich trzyma się w więzieniu siedem lat jeszcze przed procesem sądowym. Nie wiem na pewno, ale tak słyszałem. 

Nie myślisz, że ludzie którzy organizują podróż w taki sposób, są po prostu przestępcami?

Nam oni pomagają. Są jedyną nadzieją. Jasne, że nie robią tego z miłości do nas. Zarabiają na nas bardzo duże pieniądze. Ale ja nich nie oskarżam. To osoba, która chce przepłynąć morze, szuka tych ludzi. Potrzebujemy ich i nam pomagają. Znamy ryzyko.

Spotkałeś w Tunezji Afrykańczyka, który jest przeciwny nielegalnej migracji? Kogoś, kto uważa to za złe a organizatorów za przestępców?

Nie. Nigdy nie spotkałem kogoś, kto tak by o tym mówił. Są pewne stowarzyszenia, które nam mówią: dobrze się zorganizujcie i zadbajcie o tę podróż, nie dajcie się oszukać.

Uważasz, że masz prawo przyjechać do Europy?

Tak. Nawet jeśli złamię prawo. Gdyby zostawiła Afrykę w pokoju, gdybyśmy byli niezależni, zostawilibyśmy Europę. Ale jeśli wszystko cały czas zależy od Europy, ludzie zawsze będą wyjeżdżali. Europa jest w Afryce, w moim kraju pracujemy dla Francuzów. A w zamian mamy cały czas wojnę i niestabilny kraj. Dam ci przykład. Jeśli zdecydowalibyśmy się wybrać na prezydenta człowieka, który im nie odpowiada, zadbają o to, żeby nadal krajem rządził człowiek, który będzie dbał o ich interesy. Europa realizuje swoją politykę w Afryce, a równocześnie nie pozwala Afrykańczykom mieszkać w Europie. Pracujemy w firmach Francuzów, oni są właścicielami przedsiębiorstw, oni nam organizują kraj, czemu nie możemy mieszkać z Francuzami? Europejczycy robią wszystko dla własnego interesu, nie zważając na naszą biedę i nawet prowokując walki między nami. Czy nie mam prawa zatroszczyć się o siebie nie zważając na europejskie zasady przekraczania granicy?

Ostatnie pytanie: wiesz coś o Polsce? W Polsce jest wielu ludzi, którzy boją się zalewu migrantów takich jak ty…

Wiem tylko tyle, że jest taki kraj jak Polska. Słyszałem nazwę, ale nawet nie wiem, gdzie się znajduje dokładnie. W Wybrzeżu Kości Słoniowej nie spotkałem żadnego Polaka. Jesteś pierwszym Polakiem, którego poznałem. Rozumiem obawy tych Polaków, którzy się boją naszego przyjazdu, bo z jakiego powodu mielibyśmy tam być? Nie ma między nami żadnej relacji. Jeśli o mnie chodzi, jeśli Polska da mi prawo przyjazdu, pozwoli pracować i normalnie żyć, chętnie bym przyjechał. Ale jeśli do Europy zmuszony jestem przyjechać nielegalnie, to Polacy nie muszę się tego obawiać. Jak złodziej wkradnę się do Francji, bo to oni nas okradają, a nie wy (śmiech). Do Polski przyjadę tylko, jeśli potrzebujecie ludzi jak ja. Jeśli mnie zaprosicie i przyjmiecie, przyjadę nawet dzisiaj.

Dzięki za rozmowę!

Podoba Ci się to, co robimy? Dowiedz się więcej, jak możesz razem z nami budować Dom Wschodni!