Moja droga do Klubu Szczęścia

Moja droga do Klubu Szczęścia

Moją miłość do Egiptu zawdzięczam mamie, która zaprosiła mnie na wspólny babski wypad do Sharm El Sheikh. Wylądowałyśmy w Sharm 6 stycznia 2015 roku, czyli dokładnie w koptyjską Wigilię i poszłyśmy na wieczorną Liturgię. Kiedy usłyszałam koptyjskie hymny, wiedziałam, że muszę tam wrócić. Później wiadomości o Koptach docierały do mnie sporadycznie w mediach, głównie przy smutnych okazjach, takich jak zamachy w Niedzielę Palmową, ale tęsknota za Egiptem pozostała w moim sercu.

Kiedy dowiedziałam się od mojej przyjaciółki Basi, że Wspólnota Taize organizuje Pielgrzymkę Zaufania w Egipcie, natychmiast napisałam do braci. Spotkanie było tylko dla 200 osób, z czego 100 miejsc przeznaczono dla osób spoza Egiptu, a część z tej setki zarezerwowano dla młodych ludzi z innych krajów Bliskiego Wschodu. Obawiałam się, że skoro pula miejsc dla Europejczyków jest tak mała, to się nie załapię, bo o spotkaniu dowiedziałam się późno. Jednak bracia odpisali od razu: "Jest miejsce dla Ciebie, przyjeżdżaj!".

Tak spełniło się moje marzenie o powrocie do Koptów. Spotkanie Taize odbyło się w maju 2017 roku w przepięknym ośrodku rekolekcyjnym o nazwie Anafora, położonym na pustyni kilkadziesiąt kilometrów od Kairu, służącym wyciszeniu i kontemplacji. Gdy o 6 rano weszłam boso do ascetycznego kościółka, z dwiema tylko Ikonami („pierwsi chrześcijanie nie mieli Ikon” - tak tłumaczyli tę prostotę gospodarze), przez otwór w kształcie oka wpadało światło poranka. Wsłuchałam się w cudne koptyjskie hymny i wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu.

Obie z Basią uznałyśmy, że niecały tydzień spotkania Taize to za krótko, aby nasycić nasz egipski głód i szukałyśmy schronienia, aby zostać tam kilka dni dłużej. Wtedy rozpoczęła się moja przygoda z Domem Wschodnim, dzięki któremu przygarnęła nas katolicka parafia św. Marka. Parafia ta znajduje się pod opieką Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, a mieści się na Szubrze -  dość biednej i zatłoczonej dzielnicy Kairu, zamieszkanej w dużej mierze przez chrześcijan.

Ksiądz Robin, misjonarz z Kenii, który był w tamtym czasie proboszczem na Szubrze, zaprowadził nas do Klubu Szczęścia, dziennego centrum dla osób z niepełnosprawnością, działającego przy parafii. Uczestnicy pochodzą z niezamożnych rodzin i nie mogą sobie pozwolić na opłacenie czesnego w innych ośrodkach. W Klubie Szczęścia bezpłatnie korzystają z edukacji i terapii zajęciowej.

„Nie mówią tam po angielsku - uprzedził nas ksiądz Robin - ale nie martwcie się, będziecie rozumieć język serca”. Rzeczywiście tak to działało. Spędziłyśmy w Klubie Szczęścia 2 cudowne dni. Drugi dzień zakończyłyśmy tańcami przy głośnej arabskiej muzyce; potem odprowadziłyśmy wszystkich do autobusu, kupionego dzięki wsparciu Domu Wschodniego. Patrzyłyśmy, jak odjeżdżają i natychmiast zaczęłyśmy tęsknić. „Pojechali do domu później, bo nie chcieli się z wami rozstać - tłumaczył ksiądz Robin.- Kochali waszą obecność.”

Gdy parę miesięcy temu dostałam smsa z zapytaniem, czy chciałabym dołączyć do ekipy prowadzącej warsztaty w Klubie Szczęścia, odpowiedź była oczywista! Dom Wschodni wcześniej organizował tam już warsztaty rękodzielnicze i kulinarne, a tym razem miały się odbyć zajęcia ruchowo-taneczne. Kiedy spotkałyśmy się, żeby trochę poznać się przed wyjazdem i zaplanować warsztaty, poczułam, że będzie pięknie!

Wyjazd zorganizowała Alina Goska, współzałożycielka Domu Wschodniego, koordynatorka egipskich projektów naszego Stowarzyszenia i zarazem misjonarka świecka Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Natomiast merytoryczną liderką warsztatów była Ania z Gdyni, która obecnie tworzy tam dom Arki. Ania dołączyła do Wspólnoty Arka w Kenii i od tego czasu dzieli swoje życie z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Była też z nami kochana siostra Iwonka, jadwiżanka z łódzkiej katedry oraz dwie studentki, związane z kołem misyjnym. Ania, jak na studentkę medycyny przystało, zawsze pełna była empatii i uwagi na drugich. Zuzia, która na co dzień pracuje z dziećmi, służyła swoją inwencją twórczą, jak i talentem plastycznym. Choć w większości nie znałyśmy się wcześniej, stworzyłyśmy zgrany zespół i cieszyłyśmy się wspólnym czasem. Jak stwierdziła Alina, „gdy ludzie tak pięknie potrafią być ze sobą, jest pewna, że jest między nimi Chrystus”.

To właśnie wspólne piękne bycie wypełniło tydzień, który spędziłyśmy w Klubie Szczęścia. Nasza liderka Ania starała się przekazać to, czym żył Jean Vanier, twórca Arki. Najważniejsze jest nie to, aby dużo robić, lecz by tworzyć relacje. Dlatego starałyśmy się najpierw wejść w rytm dnia, w codzienność, a dopiero potem przekazać coś od siebie. Rano towarzyszyłyśmy uczestnikom podczas codziennych zajęć, uczyłyśmy się wspólnie z nimi; ja na przykład byłam z siebie dumna, bo nauczyłam się pisać cyfry aż do 4 (tak, w Egipcie cyfry są inne niż u nas).  Potem proponowałyśmy aktywności, jak zabawy z chustą Klanzy, robienie dużych baniek mydlanych czy tańce w kręgu. Starałyśmy się angażować w nie zarówno uczestników, jak i terapeutów, tak aby mieli oni szansę wyjść ze swoich ról i po prostu bawić się wspólnie. Tańce, które przygotowałyśmy, przeplatałyśmy z arabskimi i wtedy mogłyśmy uczyć się od uczestników Klubu Szczęścia, którzy te rytmy mieli po prostu we krwi.

W każdym prawdziwym spotkaniu dajemy coś z siebie, ale też jesteśmy obdarowywani. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną mogą być naszymi nauczycielami, jeśli tylko otworzymy się na przyjmowanie. Mnie uczą na pewno radości z małych, codziennych rzeczy. Dzięki temu darowi tworzą Klub Szczęścia. Wiem, że jestem do niego zawsze zaproszona i mam nadzieję, że spędzę z moimi egipskimi przyjaciółmi jeszcze niejedną piękną chwilę.

Agnieszka Matera


Przeczytaj więcej o Klubie Szczęścia!

 

Podoba Ci się to, co robimy? Zapraszamy do wspólnego budowania Domu Wschodniego!