Moje pierwsze spotkanie z Kairem

Moje pierwsze spotkanie z Kairem

Ten tekst napisałam kilka lat temu, w sierpniu 2014 roku, po mojej pierwszej podróży do Kairu. Dziś po wielu kolejnych podróżach i spotkaniach nie tylko z Kairem, ale także południowym Egiptem uśmiecham się serdecznie to tych pierwszych przeżyć. Poczytajcie sami!

_________________________________________________

Moje pierwsze spotkanie z Kairem

Dziś wreszcie wylatuję, dawno nie byłam niczym tak przejęta. Od dwóch dni nie mogę spać, podekscytowanie i radość mieszają się we mnie z lękiem. Z domu wychodzę wcześniej, żeby oszczędzić sobie pożegnania z Ignasiem. Muszę iść jeszcze do poradni, kończę tam jakieś prace papierkowe, do ostatniej chwili przyjmuję pacjentów. O 14:30 przyjeżdża po mnie moja przyjaciółka, Marta i razem z mężem odwozi mnie na lotnisko.

Na Okęciu powoli wszystko ogarniam... Tak, to chyba jednak jest proste. Po godzinie siedzę sobie spokojnie już bez bagażu i czekam na mój samolot.

W samolocie do Frankfurtu co chwila jakieś turbulencje, trochę się boję. Załoga złożona z samych Niemców, słyszę tylko niemiecki i angielski, po polsku ani słowa. Rozumiem niestety piąte przez dziesiąte, co raczej nie poprawia mi humoru. Na dodatek samolot wylatuje z opóźnieniem około 20 minut. Ludzie zaczynają się denerwować, wielu z pasażerów przesiada się we Frankfurcie na inny samolot... Ja również.

We Frankfurcie wszystko też jakoś w zwolnionym tempie. Powoli podjeżdża po nas autobus. Gdy wreszcie zatrzymuje się z nami przed terminalem pierwszym, wszyscy podróżujący dalej puszczają się biegiem. Niewiele myśląc robię to samo. Mam numer wejścia 20Z. Prawie w biegu sprawdzam na tablicy mój lot, czy aby na pewno nic się nie zmieniło. Na szczęście wszystko jest dobrze oznaczone, mylę się tylko raz, zbyt szybko wysiadając z windy. W końcu dopadam do kolejki ludzi wychodzących do autobusu stojącego na płycie lotniska. Już po tych ludziach widać, że mam zamiar opuścić Europę, w większości to Arabowie, całe rodziny z dziećmi. Na wszelki wypadek dwukrotnie jeszcze pytam, czy to autobus do samolotu do Kairu i uspokajam się już zupełnie słysząc twierdzącą odpowiedź. Mam nadzieję, że wszystko co trudne minęło. Cała reszta powinna pójść jak z płatka.

Mam miejsce przy oknie. Środkowe miejsce pozostaje puste, od strony przejścia siedzi jakiś starszy pan. Mówi płynnie po arabsku i angielsku, ale trudno powiedzieć czy jest Europejczykiem. Ważne jest dla mnie to, że jest wyraźnie przyjaźnie nastawiony. Zabiera mi tacę po posiłku, częstuje czekoladkami. Widzę, że wypełnia kartkę potrzebną do wizy w Kairze, postanawiam więc trzymać się blisko niego, żeby ułatwić sobie przejście przez formalności po lądowaniu.

Około północy chyba zasypiam. Mamy wylądować o 2:35. Przemek będzie na mnie czekał, napisał, że na 2.00 ma umówiony samochód. Około 1:20 budzi mnie jakieś zamieszanie w samolocie. Słyszę, że zbliżamy się do lądowania, że lecimy nad Aleksandrią, w dole pełno świateł. Tylko jakoś godzina mi się nie zgadza. Wpadam trochę w panikę, że będę musiała czekać długo na lotnisku. W końcu jednak przytomnieję i odkrywam, że ja funkcjonuję jeszcze w czasie europejskim, a w Afryce jest godzina później.

Na lotnisku trzymam się uparcie w pobliżu mojego sąsiada z samolotu. Chyba już zauważył, że idę za nim jak ogon i pyta mnie po angielsku , czy mam wizę. Odpowiadam, że nie i że muszę sobie właśnie kupić. Pokazuje mi, gdzie mam iść. Chyba na szczęście, bo nad okienkiem, gdzie te wizy sprzedają, widzę tylko arabskie napisy i sama zupełnie nie wiedziałabym, że to tutaj. Kupuję wizę, przechodzę przez kontrolę paszportową i dalej wlokę się za nim W pewnej chwili mój sąsiad z samolotu odwraca się do mnie i pyta po polsku czy jestem Polką. Pusty śmiech mnie ogarnia: całą drogę z Frankfurtu siedzę obok Polaka i meczę się z moim słabym angielskim. Okazuje się na dodatek, że mój nowy znajomy jest lekarzem anestezjologiem i od wielu lat mieszka i pracuje w Palestynie. Jego córka pracuje jako lekarz w Krakowie, a syn kończy właśnie studia medyczne w Kairze. Przyleciał tutaj do syna, a potem wraca do Gazy, gdzie pracuje w szpitalu. Nie mogę odżałować, że nie dogadaliśmy się wcześniej i nie udało się porozmawiać w samolocie. Jednocześnie dotyka mnie myśl o czuwającej nade mną Bożej Opatrzności. To pewnie między innymi dzięki modlitwom Ani, która od przesiadki we Frankfurcie bombarduje mnie smsami z pytaniami, gdzie jestem, i zapewnia o modlitwie.

W końcu zostawiam poznanego pana żegnając się naprędce, bo z daleka dostrzegam już Przemka. Rzucam się mu na szyję do końca jakby nie wierząc, że tu naprawdę jestem. Kupujemy jeszcze na prośbę naszego kierowcy alkohol w strefie bezcłowej i jedziemy do parafii św. Marka.

Jestem przygotowana na uderzenie gorąca, ale wieje przyjemny wiaterek i wcale nie jest tak źle. Ulice Kairu pustawe, szybko docieramy na miejsce. Gorzej jest w pokoju, do którego wchodzę. Śpi tam już Marta, która przyleciała do Kairu dzień wcześniej. W pokoju włączony jest wiatrak, ale to niewiele daje, bo w pokoju cały czas jest jak w saunie. Umawiam się z Przemkiem, że wstanę na godzinę 7.00 i że razem pójdziemy na mszę do Sióstr Misjonarek Miłości. Kąpię się szybko i rzucam do łóżka z małą nadzieją na jakiś sen, ale w końcu, czy ja przyjechałam tutaj po to, żeby spać?

Rano zrywam się o umówionej godzinie i pierwszy raz wychodzę za dnia do miasta. W naszej dzielnicy ruch jeszcze niezbyt wielki, ale wszędzie panuje kosmiczny bałagan i brud. Chwilami ulica wydaje mi się wysypiskiem śmieci. Z boku stoją zepsute, nikomu już niepotrzebne samochody, wszyscy chodzą środkiem ulicy, samochody, których pojawia się coraz więcej, nieustannie trąbią. Gdy dochodzimy do ulicy Szubra, jest jeszcze gorzej. Boję się przejść na drugą stronę. Wszyscy jeżdżą szybko jakby nie interesując się pieszymi i trzeba przedzierać się między pędzącymi samochodami. Bloki mieszkalne, których pełno wokół, przerażają swoim wyglądem. W przypadku niektórych z nich nie mogę się zorientować, czy zostały niedokończone czy też są właśnie rozbierane. Straszą brudnymi zasłonkami w oknach i brakiem szyb. Wszędzie wiszą jakieś rzeczy, ubrania przypominające szmaty. Właściwie wszystko tutaj wydaje mi się jakieś niedokończone, zaniedbane i brudne.

W końcu dochodzimy do sióstr. Tu wreszcie trochę inaczej. Czysty duży dom, trochę kwiatów. Kaplica taka sama jak widziałam kiedyś w Warszawie, na Grochowskiej. Nad prostym ołtarzem duży krzyż z Chrystusem i napisem "I thirst".

Msza święta cała jest po angielsku. Jestem w miarę przygotowana, wydrukowałam sobie wcześniej tekst angielski z internetu. Nie zdążyłam przeczytać czytań, ale Ewangelia opowiada o bogatych, którym trudniej jest wejść do Królestwa, niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne, więc łatwo się orientuję, o czym mowa. Nawet z kazania sporo rozumiem. Po mszy krótkie spotkanie z siostrami, wśród których jest jedna Polka. Obiecuję, że tutaj wrócę obejrzeć dom i trochę pomóc, chwilowo jednak jestem zbyt skołowana i zmęczona, żeby móc o tym myśleć.

Wracamy do domu. Po drodze mijamy stado wychudzonych kóz, które ku mojemu przerażeniu pasą się w okolicznych śmieciach. Dalej posterunek policji. Policjanci cali na biało trzymają w rękach karabiny. Boże! Co za kraj?! Gdzie ja w ogóle jestem?

W domu jeszcze wszyscy śpią. Postanawiamy się jeszcze położyć i umawiamy się, że o 12.00 wybierzemy się razem do koptyjskiej części Kairu.

Wyruszamy nawet wcześniej, bo po drodze Marta musi załatwić jakieś formalności związane z podróżą do Sudanu. Kair koptyjski jest piękny i po widoku "naszej" Szubry nieco poprawia mi humor. Jesteśmy tutaj w piątkę: Przemek, Tomek Grzywaczewski, Tomek Lachowski, Marta i ja. Poza Przemkiem nikogo wcześniej nie znałam, ale wszyscy są bardzo sympatyczni. Trochę zwiedzamy, ale upał dotkliwie daje się nam we znaki, mnie w końcu dopada zmęczenie. Przemek chce zwiedzić Muzeum Koptyjskie, Marta z Tomkami wybierają się dalej na miasto. Idę z Przemkiem, jest godzina czwarta, muzeum czynne do piątej. Kupujemy bilety po 60 funtów każdy, wchodzimy bez problemu, jednak szybko się okazuje, że Egipcjanie mają ochotę zamknąć Muzeum znacznie wcześniej. Niezbyt zwracamy uwagę na ich nawoływania do pośpiechu, mając w pamięci godziny otwarcia tej instytucji. Nic jednak bardziej mylnego: to nie Europa, jesteśmy w Egipcie i o godz. 16:30 zostajemy właściwie wyproszeni za próg. Szkoda nam wydanych 60 funtów, ale szybko przekonujemy się, że żadna dyskusja nie ma już sensu. Trudno, może uda nam się innym razem. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze kilka kościołów. W jednym z nich są relikwie świętego Atanazego, ukochanego przez Przemka Ojca Kościoła. Zostajemy tutaj trochę dłużej, Przemek jest wyraźnie wzruszony.

W domu jemy zostawiony dla nas obiad i trochę odpoczywamy. Marty z Tomkami jeszcze nie widać. Trochę na nich czekamy, potem Przemek proponuje, że możemy pojechać metrem zobaczyć nocą Nil. Jestem chętna. Czuję się co prawda zmęczona i totalnie przytłoczona Egiptem, ale nie mam żadnego lepszego pomysłu na ten wieczór.

Jakoś w międzyczasie i jakby od niechcenia, Przemek oznajmia mi, że w piątek oni wszyscy jadą na prom do Sudanu. Ta wiadomość jest dla mnie jak przysłowiowy "gwóźdź do trumny". Umawialiśmy się inaczej, Przemek miał zostać ze mną w Kairze do końca i potem dojechać do nich. Nie chce mi się nawet odzywać. Mam świadomość, że pewnie nie udało się ułożyć tego inaczej, ale tego dnia ta informacja to dla mnie zbyt wiele. Nie wyobrażam sobie pozostania tutaj samej na cztery dni. Nie rozumiem, co do mnie mówią, gubię się na każdym kroku, nie umiem nawet przejść sama przez ulicę... Czuję, że to wszystko powoli mnie przerasta. Co za durny pomysł z tym Kairem! Czy ja raczej nie powinnam zajmować się moimi chłopakami i siedzieć w domu?

Nil nocą jest piękny, choć jak wszystko tutaj, przeraźliwie głośny. Pływają po nim liczne barki świecące kolorowymi światełkami, słychać z nich hałaśliwą muzykę, widać tańce. Wokół liczne potężne hotele, w oddali wieża widokowa, pod nią wreszcie trochę zieleni - to znana mi z książki o Kairze dzielnica Zamalek położona na wyspie na Nilu.

Robimy trochę zdjęć, a potem wracamy metrem na Szubrę. Jestem totalnie zmęczona, a na dodatek nie opuszcza mnie jakoś natrętna myśl o tym, co będzie dalej. Trudno mi dzisiaj uwierzyć, że dalej będzie choć trochę lepiej.

Dzięki ojcu Robbinowi zmieniam pokój. Pokój obok jest wolny, ma zamontowany na stałe wiatrak i łazienkę. Na ścianach przyklejone angielskie teksty czyjejś modlitwy zawierającej prośbę o oddanie Panu całego swojego serca... To przejściowo poprawia mi humor.

Nie mogę jednak wcale zasnąć, mimo wszystko jest bardzo gorąco. Poza tym wizja pozostania samej w Kairze nie daje mi spokoju. Prawdę mówiąc chce mi się płakać.

Gdy czuję się psychicznie totalnie źle, piszę najczęściej do dwóch osób: do ojca Zygmunta i do Kamila. Z Kamilem to naprawdę zabawne, bo on wiekowo mógłby być moim synem, a poza tym nie umie nawet słowa po polsku. Ale Kamil swoje już w życiu przeszedł, ma dużą wrażliwość i genialnie wyczuwa moje nastroje. Tym razem też odpowiada natychmiast.

„Naprawdę zostaniesz w Kairze sama?” - dopytuje. To jego pytanie sprawia, że rozczulam się nad sobą jeszcze bardziej.

„Prawie” - odpowiadam zgodnie z prawdą i piszę mu o obecności w parafii trzech czarnych księży. Po dłuższej chwili Kami pyta dalej:

„Ale sama w hotelu czy w kościele ?” - i po mojej odpowiedzi, że w kościele, nagle uspokaja się i zmienia temat.

To mnie jakoś otrzeźwia. Chyba jednak przesadzam i panikuję za bardzo, może wszystko się zmieni, może jutro będzie lepiej. Z tą myślą zasypiam.

Drugiego dnia rano znowu pędzimy z Przemkiem do sióstr. Tym razem z homilii prawie nic nie rozumiem, co dodatkowo pogarsza mój i tak kiepski nastrój. Jemy śniadanie u sióstr i szybko wracamy do domu, bo ojciec Robbin wynajął dla nas busa i mamy nim pojechać na pustynię, do Klasztorów św. Pawła i św. Antoniego nad Morzem Czerwonym.

Siedzę już w busie, gdy Robbin przychodzi się z nami pożegnać i pogadać chwilę. Woła mnie po imieniu i macha do mnie przyjaźnie ręką. Uśmiecham się i odmachuję, ale nawet nie wychodzę. I tak pewnie nie zrozumiem ,co do mnie mówi, albo nie będę wiedziała, jak odpowiedzieć. Boże, co za upokorzenie z tym językiem!

W końcu ruszamy. Gdy tylko kończy się Kair, zaczyna się pustynia. Jestem zaskoczona i trochę rozczarowana. Jakoś inaczej sobie tę pustynię wyobrażałam. Myślałam, że są na niej wydmy i suchy, sypki piasek, trochę jak w Polsce na plaży, a tutaj tylko kamienie i jakieś skały. Tomek mówi mi, że z wyjątkiem Sahary prawie wszystkie pustynie tak wyglądają, także ta w Syrii. Jedziemy i jedziemy, trochę żartujemy, trochę robimy zdjęć z samochodu. Na drodze sporo wojska lub policji, wokół dużo koparek i innego ciężkiego sprzętu. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w tym Egipcie wszystko jest jakieś niezaplanowane i bez ładu i składu, jakby zaczęte i nieskończone. Po lewej stronie drogi pojawia się Morze Czerwone. Nad nim kolejne ośrodki wypoczynkowe. One też sprawiają dziwne wrażenie. W dużej części są niewykończone, wydaje się, że jest ich zbyt dużo w stosunku do potrzeb, że są niewykorzystywane, opuszczone czy też jeszcze wcale nie zamieszkałe. Naprawdę trudno się w tym zorientować.

Czy ktoś nad tym wszystkim czuwa? Czy tu jest jakaś nadrzędna myśl, jakiś plan? Czy też każdy buduje coś po swojemu, jak chce i na swoja rękę, zostawiając nagle z jakiegoś znanego sobie tylko powodu w połowie i nie kończąc?

Nasz kierowca zatrzymuje busa i proponuje nam podejście do morza, które jest przy samej drodze, po prostu tuż, tuż.

Zejście jest kamieniste, ale na dnie morza sam piasek. Woda genialna, przezroczysta i ciepła. Jestem zachwycona, w życiu nie byłam nad takim morzem. Za chwilę wchodzę do niego głębiej, mimo że jestem w ubraniu. Cieszę się jak dziecko.

Miejsce jest tak piękne, że trudno nam wrócić do samochodu, ale kierowca macha już na nas ręką. Obiecujemy sobie, że musimy się jednak wykąpać, może uda się później...

W końcu dojeżdżamy do Klasztoru św. Pawła. To co widzę zapiera mi dech w piersiach. Prawie zapominam o robieniu zdjęć. Kierują nas do punktu informacyjnego, gdzie przychodzi do nas mnich koptyjski mówiący dobrze po angielsku. To on będzie nas oprowadzał po monastyrze.

Paweł Pustelnik urodził się w III w. po Chrystusie w bogatej rodzinie w Aleksandrii. W sumie niewiele o nim wiadomo, a duża część z tego, co o nim mówią, ma charakter barwnej legendy. Wiadomo jednak, że żył przez 90 lat sam w grocie nad morzem Czerwonym i że był świętym człowiekiem. Gdy zmarł św. Paweł, lwy wykopały mu grób, w którym został pochowany przez św. Antoniego. Klasztor, który powstał na miejscu życia św. Pawła, założył św. Antoni w IV w. Niektóre części klasztoru zostały spalone przez beduinów i odbudowane dopiero w wieku XVIII, część jednak zachowała się do dziś. Obecnie mieszka tutaj około stu mnichów. Prawie wszyscy są Koptami. Oglądamy cztery kościoły, stary refektarz, młyn, źródło wody i ogród, w którym mnisi mają różne swoje uprawy. Oprowadzający nas mnich jest tak komunikatywnym, serdecznym i ciepłym człowiekiem , że wprawia nas w zachwyt. Zresztą mnie chyba wszystko wprawia tutaj w zachwyt. Gdyby tak można było zostać tutaj na noc...

Niestety chłopaki mogą, ale my z Martą, nie. Robi się późno i trzeba pomyśleć o noclegu. Mamy różne pomysły: w samochodzie, pod gołym niebem... Fajnie byłoby zobaczyć nocne niebo nad pustynią. Nasz kierowca nie zgadza się na żaden z tych pomysłów. Musimy jechać i szukać hotelu. "Nasz" mnich koptyjski wsiada do samochodu z nami i prowadzi kierowcę. Znajdujemy hotel , który jest czymś na wzór domu pielgrzyma tylko o znacznie wyższym standardzie. To nas trochę martwi, nie wiemy ,czy starczy nam pieniędzy. Nie mamy jednak wyboru. W hotelu znajduje się kaplica, na każdym kroku święte obrazki. No i jeszcze jedna zaleta: bardzo blisko do morza. Odżywa w nas nadzieja na kąpiel, okazuje się jednak, że plaża czynna jest od 6.00 do 18.00. Boże, co za kraj! Czym jeszcze mnie zadziwi?

Rozpakowujemy się szybko i przed kolacją idziemy jednak nad morze na spacer. Prowadzi nas kilku facetów, którzy ustawiają nam krzesełka na plaży, dając nam jeszcze raz do zrozumienia, że kąpać się teraz nie wolno. Jak zwykle w Egipcie dookoła sporo śmieci i ogólnie bałagan. Wokół hotelu pełno materiałów budowlanych, niedokończony basen, nieuporządkowane otoczenie. Czy to będzie skończone kiedykolwiek? Patrząc na to wszystko, nie mam wcale pewności.

Siadamy na krzesełkach, moczymy ręce w wodzie, gadamy... Na samym brzegu w przezroczystej wodzie widać poruszające się szybko i uciekające przed nami kraby. Tomek łapie jednego z nich i pierwszy raz oglądam żywego kraba z bliska. Nad pustynią zachodzi właśnie słońce. Ten zachód nie przypomina jednak niczego, co znam z Europy. Słońce świeci jednolicie żółtą barwą i szybko znika za skałami nie przebarwiając różnokolorowo nieba. Podobnie będzie ze wschodem słońca, który jutro zobaczę. Szybko robi się zmierzch, wracamy do hotelu, jemy kolację, trochę gadamy , w kaplicy odmawiam z Przemkiem nieszpory. Potem idziemy spać z postanowieniem wstania o 6.00 rano, żeby mimo wszystko wreszcie się w tym morzu wykąpać.

O północy woda i prąd są wyłączane. Zrywamy się z Martą o 6.00, prawie równocześnie z chwilą, gdy włączany jest prąd, o czym sygnalizuje nam uruchomiony na nowo wiatrak zamocowany w suficie. Marta idzie budzić chłopaków i pędzimy na plażę. Wchodzimy do wody, ale kąpiel rozczarowuje. Przede wszystkim na dużej przestrzeni jest płytko i trudno spokojnie pływać. Poza tym słońce dopiero wzeszło i jest jeszcze chłodno, co trochę odbiera radość z zanurzania się w wodzie. W końcu wychodzimy i wracamy na śniadanie do hotelu. Spróbujemy z tą kąpielą jeszcze raz, może uda się w drodze powrotnej.

Po śniadaniu wyruszamy samochodem dalej, tym razem do klasztoru św. Antoniego Pustelnika. Klasztor wygląda podobnie do tego, co już oglądaliśmy, i znajduje się w odległości około godziny drogi. Najpierw jednak idziemy pustynią w górę, do groty w której św. Antoni mieszkał. Jest cicho i gorąco, tylko góry i piasek. Teraz robię już pełno zdjęć, bardzo mi się tutaj podoba. Chętnie zostałabym na takiej pustyni kilka dni. Wcale się nie dziwię, że nasz eremita z Rawy Mazowieckiej, który tutaj był w lipcu i dwa tygodnie mieszkał, wrócił zachwycony.

Upoceni, spragnieni i brudni przychodzimy do groty. Widzimy jakąś arabską rodzinę z dziećmi, poza tym nie ma nikogo. Odpoczywamy, robimy zdjęcia, trochę się w duchu modlimy... W środku groty zatrzymujemy się dłuższą chwilę. Jest chłodno, cicho i dobrze...

Wąska ścieżka w górę prowadzi do jeszcze jednej groty, w której żyje obecnie pustelnik, ojcec Lazaros. Tutaj też spędził dwa tygodnie znany nam eremita. Niestety grota jest zamknięta, ojca Lazarosa nie ma. Prawdziwa szkoda. Później dowiadujemy się, że zszedł na dół do mnichów, bo tak zwykł robić w święta, a właśnie obchodzone było święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Odmawiamy o 12.00 Anioł Pański i schodzimy na dół do klasztoru. Tutaj ponownie wychodzi nam na powitanie mnich koptyjski, który oprowadza nas po klasztornych zabudowaniach. Wszędzie pachnie jakimś drewnem nasączonym olejkiem, taki bardzo miły zapach... Zostajemy obdarowani gałązkami oliwnymi i małymi wypiekanym tutaj chlebkami. Zabudowania są bardzo podobne do tych w klasztorze św. Pawła. Bardzo podoba mi się kościół, który podzielony jest na trzy części: dla przyjmujących Komunię, pokutujących i katechumenów. Trochę szkoda, że w naszym zachodnim katolicyzmie wszystko jakoś wymieszaliśmy, mam wrażenie, że coś istotnego z misterium straciliśmy przy tym bezpowrotnie.

Powoli robi się późno, jemy fasolę z chlebem na obiad na terenie klasztoru i wyruszamy do domu mając w pamięci, że chcielibyśmy jeszcze w drodze powrotnej się wykąpać. Nawet nie musimy specjalnie namawiać naszego kierowcy, mówi nam, że sam lubi bardzo morze i że zatrzyma się w jakimś spokojnym miejscu.

Jedziemy i jedziemy cały czas mając pustynię po lewej, a Morze Czerwone z ośrodkami wczasowymi po prawej stronie. W końcu nasz kierowca skręca trochę w prawo i zatrzymuje się prawie nad samym morzem. W oddali kąpie się jakaś grupka chłopców, poza tym plaża wydaje się być pusta. Rozbieramy się szybko, mamy nadzieję wreszcie popływać. Mam na sobie zwykły dwuczęściowy kostium, zakładam okulary do pływania... Marta ma krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Wchodzimy do wody. Morze jest ciepłe i czyste, ale niedaleko od brzegu zaczyna się rafa koralowa, pełna jeżowców. Staramy się przepłynąć nad nią, ale jest zbyt płytko, żeby czuć się bezpiecznie. Rafa sięga daleko i nie ma szans, żeby ją jakoś ominąć. Chyba jednak nie popływamy. Trochę rozczarowani pluskamy się w płytkiej wodzie.

Nagle słyszymy, że woła nas kierowca. Z oddali zbliża się do nas grupa około dziesięciu mężczyzn, niektórzy są w galabijach. Żywo gestykulują i z pewnością nie są przyjaźnie do nas nastawieni. Staram się na nich nie patrzeć, ale robi mi się prawie słabo. Mam teraz jedno marzenie, ubrać się i wyjść stąd jak najszybciej. Kątem oka widzę, że do mężczyzn podchodzi nasz kierowca. Wydaje się na to spotkanie przygotowany, jest wysokiej postury, a w ręku trzyma wielki skórzany bat. Wykrzykują coś do siebie, po czym kierowca busa najwyraźniej stawia na swoim, bo tamci odwracają się i odchodzą. Mam dosyć kąpieli w Morzu Czerwonym, mam dość świata islamu, do którego po ostatnich wydarzeniach w świecie, straciłam serce. Dopadam do swojego ubrania i w kilka sekund zakładam koszulkę. Nasz kierowca stoi obok naszych ubrań i wygląda na bardzo zadowolonego z siebie. Upiera się, żebyśmy wrócili do morza i kąpali się tak długo jak chcemy. Ja osobiście mam dosyć, ale Przemek mówi, że on chyba chce pokazać tamtym, że to on tutaj rządzi. Wchodzę więc, bardziej już dla niego niż z jakiejkolwiek własnej potrzeby. Oddaję chłopakom okulary. Pływanie jest ostatnia rzeczą na którą mam teraz ochotę.

Siedzimy jeszcze trochę w wodzie, a potem właściwie bez słowa wychodzimy i ubieramy się. Nigdy potem nie rozmawiamy o tym ze sobą, ale myślę, że każdy to zdarzenie przeżył po swojemu i każdy trochę inaczej.

Kolejne spotkanie ze światem islamu czeka mnie już za kilkanaście kilometrów. Kierowca upiera się na postój, odpoczynek i herbatę. Jesteśmy mu wdzięczni za opiekę i skłonni zrobić wszystko, co nam zaproponuje. Po kilkunastu minutach zatrzymujemy się w jakiejś przydrożnej knajpie. Kierowca mówi, że zamówi nam herbatę, ale tak jakoś plączemy się w tym zamówieniu, że w końcu dla mnie tej herbaty brakuje. Postanawiam zamówić sobie sama, w końcu to chyba żadna sztuka, wiem nawet ,jak nazywa się herbata po arabsku. Tyle tylko, że to, co jest oczywiste w Europie, w Egipcie już wcale nie jest. To po prostu inny świat.

Przy ladzie stoi kilku facetów, więc czekam cierpliwie. Wszyscy są obsługiwani, ale nie ja. Początkowo wydaje mi się, że nie przyszła jeszcze moja kolej, ale po kilku minutach zaczynam rozumieć, co tu się dzieje. Odbieram właśnie kolejną lekcję tutejszej kultury i jestem już pewna, że ja w tym świecie po prostu nic nie znaczę. Już wiem, że dostanę tą herbatę dokładnie wtedy, gdy ci faceci będą mieli na to ochotę i zapłacę za nią tyle ile, ile oni będą chcieli, żebym zapłaciła. Za chwilę przepłacam potrójnie i wracam do stolika. Opowiem o tym chłopakom i Marcie później, chwilowo nawet nie chce mi się odzywać.

Ruszamy dalej i po kilku godzinach jesteśmy w gościnnej parafii na Szubrze. Jutro z samego rana Przemek z Tomkiem Grzywaczewskim mają jechać po bilety na wieczorny autobus. Przy stoliku czeka na nich Staszek, pracownik konsulatu w Kairze, świetnie znający Afrykę. Mają pogadać o jutrzejszej wyprawie do Sudanu. Ja mam dość wrażeń jak na dzisiejszy dzień, idę spać.

Następnego dnia nieoczekiwanie zmieniają się plany. Z różnych względów wyprawa do Sudanu ma się rozpocząć nie w piątek, a sobotę wieczorem. I choć trochę zaczynam mimo wszystko ogarniać ten Egipt i coraz mniej boję się zostać sama, jest jasne, że cieszę się z perspektywy jeszcze jednego wspólnego dnia.

Dzięki tej zmianie planów w piątek do południa wszyscy razem wyruszamy do Gizy. Mam wielką ochotę tam jechać. Miałam nawet myśl, że gdybyśmy nie zdążyli pojechać razem, spróbuję wybrać się sama. Teraz dopiero widzę, jaki głupi był ten pomysł.

Początkowo jedziemy metrem, potem musimy wziąć taksówkę. Turystów jest teraz w Kairze jak na lekarstwo, więc wszyscy chcą się o nas pozabijać. Na dodatek jesteśmy notorycznie oszukiwani. Kierowca, któremu w końcu dajemy się namówić na wspólną jazdę, okazuje się współpracować z jakimś gościem, któremu ściąga klientów zatrzymując się obok jego sklepu. Jedziemy jakąś dziwną, poplątaną, rzekomo krótszą drogą. W końcu stajemy pod jakimś sklepem. Gdy zdecydowanie odmawiamy zakupów, robi się dość nieprzyjemnie. Chwilowo wygląda na to, że skończy się awanturą, ale w końcu jedziemy dalej bez obowiązkowej wizyty w sklepie i docieramy do celu. Płacimy zgodnie z umową i oddalamy się pośpiesznie.

Pod piramidami strasznie gorąco i pełno Egipcjan dość nachalnie usiłujących coś sprzedać. Oglądamy z daleka Sfinksa, robimy trochę zdjęć. Okazuje się, że zgodnie z jakimś zarządzeniem egipskiego rządu, nie można teraz obejść piramid piechotą. Można tylko objechać je na wielbłądach lub konno. W końcu dobijamy targu z jakimś Egipcjaninem i bierzemy konie.

Konie wyglądają jak wszystkie zwierzęta tutaj: wychudzone, z wystającymi kośćmi. Wsiadam na swojego ciesząc się, że nie ważę bardzo dużo, bo ten koń chyba padłby pode mną. W końcu ruszamy. Mimo wszystko przejażdżka konno wokół piramid to jednak frajda. Na szczycie wzgórza nasz przewodnik ustawia nas do zdjęcia, potem proponuje przejażdżkę galopem. Tomek Grzywaczewski ma jakieś doświadczenie z końmi, więc zgadza się pierwszy. Ja w życiu galopem nie jechałam, ale mam wielką ochotę. Na wszelki wypadek trzymam się ramienia naszego przewodnika, który jedzie na koniu obok. Jest super, chociaż po tej przejażdżce jestem zmęczona prawie tak jak mój koń. To chyba z przejęcia.

Prawie wszyscy próbujemy galopu i bardzo nam się ta wyprawa do Gizy zaczyna podobać. Sama już nie wiem, czy bardziej piramidy, czy raczej te wychudzone konie. Jestem dumna z siebie, bo „mój koń” jakby mnie słuchał i całkiem dobrze idzie do przodu. Złudzeń pozbawia mnie szybko Przemek, który stwierdza: „Po prostu masz najmądrzejszego konia”. No, nie ma to jednak jak męska szczerość.

Kończymy przejażdżkę konną, ale ja nie odpuszczam i postanawiam wsiąść jeszcze choć na chwilę na wielbłąda. Umawiam się z facetem na dwa dolary za tę przyjemność. Gdy jednak schodzę, cena wzrasta do pięciu. Przecząco kręcę głową, właściciel wielbłąda mówi o trzech... Chłopaki stoją obok, wiec czuję się pewniej: „deal is deal” - mówię nieprzejednana, płacę dwa dolary i odchodzę widząc jeszcze kątem oka niezadowolenie na twarzy rozmówcy.

Jesteśmy zadowoleni, dumni z siebie, ale też spoceni i spragnieni. Rzucamy się na jakieś picie, a potem jedziemy z chłopakami do ich ulubionej knajpy za dyktą. Pijemy piwo, gadamy, zmęczona Marta podsypia na krześle. Potem idziemy do miasta coś zjeść. Powoli kończy się ten dzień. Wieczorem Tomek Lachowski wraca do Polski. Dla chłopaków kończy się coś ważnego: spędzili na Szubrze razem trzy tygodnie. Marta dojechała kilka dni przede mną, żeby z Przemkiem i drugim Tomkiem pojechać w nową podróż: do Sudanu. Dla mnie też zaczyna się coś nowego. W końcu od jutra zostanę tutaj sama.

Późnym wieczorem wychodzimy z Martą i Tomkiem na spacer po Szubrze. Ta dzielnica to jedna z gorszych dzielnic Kairu. Już samo to, że mają tutaj swój dom Siostry Misjonarki Miłości, mówi samo za siebie. Nie mieszkają tutaj z reguły obcokrajowcy. Nie mniej jednak Szubra ma też swoje zalety. Dużo tutaj kościołów koptyjskich i w większości jej mieszkańcy to chrześcijanie, co odczuwamy wyraźnie, gdy wychodzimy na ulicę razem z Martą. Mniej tutaj zaczepiania kobiet, mniej nachalnych, nieprzyjemnych spojrzeń. Siadamy sobie przy herbacie, rozmawiamy, jemy placki przypominające pizzę i jest całkiem przyjemnie. Niedawno było święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Nad uliczkami pełno świecących, trochę odpustowych ozdób. Jest totalnie brudno, ale jest też kolorowo. Zastanawiamy się, czy ideał piękna jest jakąś wartością uniwersalną czy też każdy może zupełnie co innego uważać za piękne, i to nawet skrajnie co innego. Na pewno poczucie piękna mieszkańców Szubry i nasze jest inne. Ale czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? Sama już nie wiem...

W sobotę rano odwiedzamy jeszcze z Przemkiem i Martą stary Kair. Tutaj jest naprawdę pięknie. Chcemy wejść do meczetu, w tym celu jednak musimy się z Martą przebrać. Jakaś muzułmanka zakłada nam suknie zakrywające nas od stóp do głów z wyjątkiem twarzy. Przemek pęka ze śmiechu, ale nam się całkiem podoba. Wyglądam jak jakaś Ruska baba. Przy tej okazji przypominam sobie swoje dawno zapomniane, białoruskie korzenie.

Po wizycie w meczecie chodzimy między malowniczymi straganami i straganikami, pijemy pyszny napój z hibiskusa z lodem i dużą ilością cukru. Marta chce kupić sobie placek przypominający pizzę. Pyta o cenę kupującego go właśnie Egipcjanina. Placek kosztuje 3 funty, ale sprzedawca mówi, że dla nas cena wynosi 5. To nie jest wygórowana cena i prawdę mówiąc mamy ochotę na ten placek, ale odchodzimy stamtąd bez słowa. Odchodzimy dla zasady, nie chcemy być ciągle oszukiwani.

Wracamy do domu metrem. Wsiadamy z Martą do przedziału dla kobiet, bo tutaj o tej godzinie wyraźnie mniejszy tłok. Okazuje się, że w przedziale jest jeden młody mężczyzna. Kobiety nie kryją swojego oburzenia, wybucha awantura, spotęgowana jeszcze faktem, że wezwany na pomoc strażnik metra staje po stronie faceta argumentując, że wszędzie jest dużo ludzi. To rozsierdza kobiety do granic możliwości, prawie siłą wypychają mężczyznę z wagonu. Ot, kobieca solidarność! To jeszcze inna odsłona Kairu.

W parafii św. Marka jeszcze szybki obiad, ostatnia wspólna msza święta, krótkie pożegnanie i Tomek z Przemkiem i Martą ruszają do Sudanu. Chętnie pojechałabym z nimi, ale dla mnie to na razie nieosiągalne. Może kiedyś, gdy dzieci podrosną, gdy z urlopem będę miała łatwiej... Na razie ten tygodniowy wypad do Kairu to i tak dla mnie wiele.

Gdy chłopcy jeszcze się pakują, przychodzi do mnie ojciec Robbin i mówi mi, że dzisiaj wieczorem zabierze mnie do swoich znajomych, z których jeden mówi po polsku, a jutro rano pojedziemy metrem na angielską mszę do Heliopolis. Poza tym chce, żebym dała mu swój nr telefonu, pokazuje mi gdzie mieszka i gdzie go mogę znaleźć, sprawdzamy, czy mam dobrze wpisany jego numer.

Znajomi Robbina to Josef i Lola, młode bardzo sympatyczne małżeństwo z trzy i pół letnią córeczką. Okazuje się, że Lola miała wczoraj urodziny i pojedziemy świętować z ich rodziną. Są naprawdę bardzo mili. Wiozą nas do jakiegoś ośrodka sportu z basenami, boiskami i kortami, gdzie ich córeczka uczy się pływać i gdzie czeka już na nas cała ich rodzina. Josef pracuje w Sharm el Sheikh, a Lola w jakimś egipskim biurze podróży. Są katolikami bardzo związanym z parafią na Szubrze. Josef z zachwytem opowiada mi o proboszczu tej parafii, Polaku, ojcu Kazimierzu. Mówi, że jest bardzo dobrym człowiekiem i wszyscy go tutaj kochają. Nie znam ojca Kazimierza, ale i tak jestem z niego dumna. Rodzina Josefa i Loli jest bardzo sympatyczna. Poznaję wszystkich i co trochę przepytywana jestem, czy dobrze zapamiętałam ich imiona. Pytają mnie, czy podoba mi się Kair. Sęk w tym, że sama tego jeszcze nie wiem, ale na wszelki wypadek, żeby nie robić im przykrości, przytakuję skwapliwie. Jemy tort, żartujemy, robimy różne śmieszne zdjęcia. Potem idziemy obejrzeć baseny. Wymieniamy się mailami i obiecujemy sobie odnaleźć się na Facebooku. Jest już późno, gdy z Robbinem wracamy do domu. Mimo tego ruch w Kairze wielki. Robbin zamierza przejść przez dużą ulicę z pędzącymi samochodami. „I'm afraid” - mruczę pod nosem, ale chyba jednak dość głośno, bo Robbin bierze mnie za rękę i przeprowadza na drugą stronę jak dziecko.

W niedzielę rano jedziemy do Heliopolis. Korzystamy z dwóch linii metra, potem już tylko kawałeczek piechotą i jesteśmy na miejscu. W metrze widzę, że Robbin przegląda sobie karteczki z kazaniem. To naprawdę fajne, że się tak stara.

Heliopolis to jeszcze inne oblicze Kairu. Robbin tłumaczy mi, że kiedyś było oddzielnym, dużym miastem, a nawet miał tutaj siedzibę król. Dzisiaj jest dzielnicą Kairu, ale jest tu dużo czyściej niż na Szubrze.

Wchodzimy do średniej wielkości kaplicy mieszczącej się nad szkołą. Jest tutaj bardzo czysto, jasno i ładnie. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przychodzi mi na myśl szkółka niedzielna z czytanych w dzieciństwie powieści. Wspólnota składa się z około 15-20 osób, wśród których są ubrane na biało siostry zakonne. Wszyscy się tutaj znają, ściskają, całują, panuje bardzo serdeczna atmosfera. Pytają mnie, jak mam na imię i czy przeczytam czytania. Przepraszam, że niestety zbyt słabo znam angielski. Robbin przynosi mi śpiewnik, angielski tekst mszy świętej i teksty czytań. Boże, jak mi się tutaj podoba! Ewangelia jest o tym, jak Pan Jezus pyta Piotra za kogo Go uważa. Robbin pyta kilkakrotnie siebie i nas, za kogo uważamy Jezusa. Konkluzja jest taka, że mamy być tacy jak On dla siebie nawzajem. Bardzo żałuję, że jak zwykle nie rozumiem wszystkiego.

Komunia jest udzielana pod dwiema postaciami. Ojciec Robbin podaje na rękę Ciało Pana Jezusa, potem wszyscy podchodzą do siostry trzymającej kielich i zanurzają Ciało we Krwi. Robię to samo co wszyscy z wielka radością. Jestem naprawdę wzruszona.

Po mszy ojciec Robbin dostaje trzy wielkie torby odzieży dla potrzebujących z Szubry. Niesiemy to wszystko do metra. Mówię mu, że naprawdę jestem szczęśliwa, że mogłam tutaj być, że tacy mili, życzliwi ludzie, taka fajna wspólnota. Robbin odpowiada, że to wspólnota międzynarodow , z różnych i bardzo odległych zakątków świata. To dla mnie jeszcze inna, zupełnie nowa odsłona Kairu.

Gdy zbliżamy się do metra, Robbin wspomina mi o przedziale dla kobiet. „Czy mam tam wsiąść?” - pytam, aby się upewnić. „Byłoby lepiej, bo straszny tłok” - mówi Robbin i przepytuje mnie na wszelki wypadek, czy wiem, jak nazywa się stacja, gdzie musimy wysiąść. „Masarra” - odpowiadam z tryumfem w głosie, bo kwestię stacji i jeżdżenia metrem przećwiczyłam już z Przemkiem. Wsiadamy więc do innych przedziałów. Gdy wysiadam, widzę już Robbina poszukującego mnie wzrokiem. Jest wyraźnie zadowolony, że wszystko się udało. Ja też się cieszę, mam bowiem nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, gdy zaraz mu powiem, że mam zamiar wybrać się tym metrem sama nad Nil.

W domu trochę odpoczywam, ale szkoda mi marnować czasu. Mam wielką ochotę wybrać się gdzieś sama, coraz bardziej bawi mnie to, że tutaj w ogóle jestem. Pakuję trochę rzeczy i idę do metra. Siadam w przedziale dla kobiet, bo tutaj jest o wiele sympatyczniej. Wysiadam na stacji Opera i kieruję się w stronę mostu. Widziałam Nil nocą, teraz chcę zobaczyć tę największą rzekę świata w dzień. Zaczepia mnie kilku facetów, ale nie są jacyś nachalni i nie zwracam na nich uwagi. Jeden idzie nawet obok mnie jakieś kilkanaście metrów. Kompletnie go ignoruję, więc w końcu życzy mi po angielsku dobrego dnia i skręca w inną stronę. Schodzę poniżej mostu, aby pospacerować sobie bliżej Nilu. Pełno przycumowanych barek i łodzi, śmieci tez całkiem sporo. Wokół ogromne hotele, sporo zieleni. W kilku miejscach na ulicy są nawet wymalowane przejścia dla pieszych. To już nie nasza Szubra, tutaj już jest inny świat.

Mam ochotę jeszcze się gdzieś wybrać,więc postanawiam iść na wieżę widokową. Widzę ja w oddali, ale nie bardzo wiem, którędy do niej dojść. Akurat jakiś starszy pan pozdrawia mnie po angielsku, wykorzystuję więc okazję i pytam go o drogę.

Droga jest prosta jak drut, dużo na niej zieleni, a nawet kwitnących krzewów. Szybko dochodzę na miejsce. Bilet dla Egipcjan kosztuje 20 funtów, dla nie Egipcjan 70. Trochę drogo, ale jak już tutaj przyszłam, to muszę na tę wieżę wjechać. Widok rzeczywiście super, Kair jest naprawdę ogromny i tyle mostów na Nilu... Obchodzę kilka razy taras widokowy dookoła, ale jest zbyt gorąco, żeby zatrzymać się tutaj dłużej. Zjeżdżam więc na dół, kupuję sobie coś do picia i wracam do domu. Jestem naprawdę dumna z siebie. Gdybym mogła zostać tutaj dłużej, rozpracowałabym ten Kair.

Obok naszego kościoła spotykam spacerującego Robbina. Mam wrażenie, że na mnie czeka i że trochę jednak mnie pilnuje. „Byłaś nad Nilem?” - pyta. „Byłam, byłam. Wjechałam nawet na Cairo Tower” - oznajmiam tryumfalnie. Robbin kręci głową. Chyba jednak jest trochę zdziwiony. „Przyjdź koniecznie na obiad za pół godziny” - mówi.

Na obiad jest ryż, słodkie ziemniaki smażone jak frytki, kurczak i fasola. Jestem totalnie zadowolona z siebie. „Ja dzisiaj zmywam, Pedi” - zdecydowanie oznajmiam czarnemu klerykowi, który tutaj pomaga we wszystkim, i za piętnaście minut szoruję z zapałem wszystkie kuchenne gary. Kurczę, coraz bardziej mi się tutaj podoba!

Wieczorem wychodzę pospacerować po Szubrze. Obok kościoła koptyjskiego jest jakaś awantura. Na ziemi siedzi mężczyzna w galabiji, a kilku innych na niego wrzeszczy. Wreszcie podchodzą do niego i zaczyna się regularna bijatyka. Ulicą biegnie tłum ludzi, wszyscy chcą chyba zobaczyć, co tutaj się dzieje. Ja jednak odwrotnie: nie mam na to najmniejszej ochoty i szybko się oddalam w przeciwnym kierunku.

Następnego dnia rano idę na 7:15 do sióstr Misjonarek na mszę świętą. Msza niestety po arabsku, ale nie mam wyboru, bo ojciec Robbin też dzisiaj odprawia po arabsku, a z siostrami trochę pobędę i może w czymś pomogę. Umawiam się po mszy, że przyjdę około godziny 10.00 pomóc przy sprzątaniu i obiedzie. Polska siostra pokazuje mi cały dom, przedstawia różne osoby. Sporo tutaj młodzieży, która przychodzi pomagać siostrom. Robimy z siostrą waciki potrzebne do opatrunków, zamiatam podłogę, karmię jakąś schorowaną Egipcjankę obiadem, cieszę się, że tutaj jestem. Po obiedzie wracam do domu, ale umawiam się z siostrami, że przyjdę jeszcze do nich na adorację.

W pokoju kładę się na chwilę i zasypiam. Zupełnie nie mogę spać w nocy i ciągle czuję się zmęczona. Na równe nogi zrywa mnie sms od Robbina: „Are you at St.Mark? Come and have lunch”. Kochany ten Robbin naprawdę, on rzeczywiście wziął sobie do serca tę opiekę nade mną. Mam w telefonie polską kartę i obawiam się, że te smsy trochę go kosztują. Pędzę skruszona, Robbin jest trochę zły albo takiego udaje. Na wszelki wypadek przepraszam i zaczynam tłumaczyć coś niezdarnie o moich kłopotach ze snem, żeby rozładować atmosferę. Robbin trochę już udobruchany pokazuje mi, co mam sobie wziąć do jedzenia.

Postanawiam opowiedzieć mu o wczorajszej bijatyce pod kościołem koptyjskim, której byłam świadkiem. Wcześniej już sprawdziłam sobie słówko angielskie „awantura, bijatyka”, zaczynam więc dość pewna siebie. Niestety akurat tego słówka Robbin wcale nie rozumie. Prawdopodobnie jest jeszcze z dwadzieścia innych angielskich słówek na określenie tego samego, ale co ja poradzę, że w moim słowniku akurat to było na pierwszym miejscu. Ratuję się słówkiem „hit”, bo tylko ono przychodzi mi do głowy i opowiadam wszystko w znacznie mniej wyszukany sposób. Osiągam jakiś efekt, bo Robbin się śmieje i mówi, że w takim razie brakowało tam jeszcze dziennikarzy.

Chce mi się strasznie gadać, co przy mojej znajomości angielskiego nie jest wcale proste, mówię więc kończąc obiad, że najlepsza jest tutaj fasola. Buduję najprostsze zdanie na świecie i patrzę ze zdumieniem, że Robbin znający biegle arabski, angielski, francuski i nie wiem jeszcze jaki, zupełnie nie rozumie, o co mi chodzi. Jest już tak skołowany moimi błędami językowymi, że pyta mnie, co to znaczy „the best”. Trochę zbija mnie to z tropu, jestem pewna, że musiałam powiedzieć coś głupiego, ale nie mam pojęcia co. Próbuję się ratować, więc mówię jeszcze raz: „Father, good, better, the best”, ale Robbin dalej nieprzekonany kręci głową. Wreszcie wpadam na inny pomysł, odnajduję jakieś ostatnie ziarenko fasoli na moim talerzu i mówię zdecydowanie: „this is the best, the ful is the best”. „No, Alina, this is bean, not ful” - odpowiada Robbin i w tym właśnie momencie oświeca mnie, że słówko „ful”, którego niedawno się nauczyłam oznacza rzeczywiście fasolę, ale po arabsku. Robbin w tym samym momencie zrozumiał mój błąd, bo już zanosi się śmiechem. „Ty w końcu Alina, nie tylko zejdziesz sama całą Szubrę, ale jeszcze nauczysz się tutaj arabskiego” - mówi. Niestety wiem, że to niemożliwe, ja nawet angielskiego nie mogę ogarnąć, ale cała sytuacja wydaje mi się komiczna.

Dzisiaj jest mój ostatni dzień tutaj. Na jutro rano mam już zamówioną taksówkę na lotnisko. Robbin mówi, że we wszystkim pomoże mi Pedi. „ And You, Father, will you be tomorrow morning here?” - pytam, bo mam jakieś złe przeczucia. Okazuje się, że Robbin wyjeżdża dzisiaj i jutro rano go nie będzie. „I regret” - mówię z prawdziwym żalem w głosie, bo już czuję, że ten mały, czarny, kenijski ksiądz znalazł na stałe swoje miejsce w moim sercu. „Przyjadę do Tomaszowa Mazowieckiego” - śmieje się Robbin, a ja odpowiadam, że ok. I że mam nadzieję.

Na pożegnanie udaje mi się zbudować kilka zgrabnych zdań, które są chyba w miarę poprawne, bo ojciec Robbin kiwa głową ze zrozumieniem. Potem sprawdzamy jeszcze, czy wystarczy mi pieniędzy na taksówkę. Mam 150 funtów, a taksówka ma kosztować 120. Robbin upiera się, że muszę mieć drobne i daje mi jeszcze 20, żebym nie musiała rozmieniać tych 50-ciu. Boże, mało, że nic nie płacę za pobyt tutaj, to jeszcze dostaję pieniądze! Jestem naprawdę wzruszona.

W dzień wyjazdu z Kairu wstaję rano i pędzę na mszę świętą do sióstr. Po drodze przechodzę obok posterunku policji. Policjanci jak zwykle z karabinami w ręku. Jeden z nich woła mnie po angielsku. Na wszelki wypadek udaję głupią i głuchą i nie zwracając na nich uwagi idę dalej. Postanawiam jednak wrócić inną drogą. Ostatnio przechodzę tędy tak często, że w końcu naprawdę zacznie to wzbudzać jakieś podejrzenia.

Siostry są zmartwione, okazuje się bowiem, że msza była dzisiaj o godzinie 6.00. Mnie też z tego powodu smutno, dzisiaj jest święto Matki Bożej Częstochowskiej i na dodatek dzień modlitwy za chrześcijan w Iraku. Nic nie poradzę, o 12.00 mam już samolot do Wiednia. Idę pomodlić się u sióstr w kaplicy, żegnam się z polską siostrą o imieniu Pio-Mercy, widzę, że inne siostry też mnie rozpoznają i zamieniają ze mną kilka słów. Obiecuję sobie i im, że wrócę tutaj za rok.

Co będzie za rok ? Nie mam pojęcia, ale ten Kair ma jednak coś w sobie, jakoś dziwnie zostaje człowiekowi w sercu... Czy uda mi się tutaj jeszcze wrócić ? Naprawdę chciałabym bardzo.