•  0
    Bliski Wschód

    Kolejny raz w Egipcie, cz. I

      Alina Goska        0        Zgłoś treść

    Jest ciepła, sierpniowa noc, ostatni tydzień tegorocznych, letnich wakacji. Wśród pasażerów drzemiących w samolocie tureckich linii delikatne poruszenie, zbliżamy się bowiem do lądowania. Ogarnia mnie lekkie podniecenie, wyglądam przez okno, żeby nacieszyć się widokiem na który czekałam kilka miesięcy i który kocham: w dole rozświetlone gigantyczne miasto, malutkie jeszcze z tej wysokości, ale coraz wyraźniejsze, liczne bloki mieszkalne, przecinające się jak w labiryncie ulice, niebieskie prostokąty basenów, jakiś stadion, samochody poruszające się jakby w zwolnionym tempie wciąż liczne mimo późnej pory....serce bije mi radośnie i chyba szybciej: znowu kolejny raz nacieszę się tymi ludźmi i tym miastem; jestem w Kairze!

    Jest druga w nocy, gdy szybko i sprawnie opuszczamy samolot. Znane mi już lotnisko nie sprawia problemów. Kupuję wizę, wklejam ją do paszportu i przechodzę przez punkt kontrolny. Dłuższa chwila niepewności podczas oczekiwania na bagaż i nie zaczepiana przez nikogo wychodzę na zewnątrz. Ogarnia mnie fala ciepłego egipskiego powietrza, wdycham je radośnie i głęboko. Niemalże w tej samej chwili wśród grupy oczekujących ludzi dostrzegam przyjaciół, księży ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich- pochodzącego z Kenii ks proboszcza Robbina i ks. Wilsona z Indii. Jak miło jest ich znowu spotkać ! Ściskamy się serdecznie, oddaję im moje walizki i rześkim krokiem ruszamy do taksówki.

    Dzielnica Szubra, w której znajduje się zaprzyjaźniona, katolicka parafia Św Marka znajduje się w odległości ok. 45- tu minut jazdy samochodem od lotniska. Ruch na ulicach jest już nieco mniejszy i nie ma korków, niemniej jednak kierowca musi wykazać się dużą sprawnością ,aby szybko pokonać tę trasę. Główne ulice są z reguły jednokierunkowe, ale nie mają żadnych wytyczonych pasów ruchu. Samochody poruszają się bardzo blisko siebie, często niemalże slalomem, trąbiąc ostrzegawczo przed zaplanowanym manewrem wyprzedzania. Mimo zmęczenia i późnej pory mam świetny nastrój. Śmiejemy się i rozmawiamy. Trochę żartujemy z Wilsona, który rozpoczął niedawno kurs nauki jazdy po Kairze, ale daleko mu jeszcze do sprawności poruszania się naszego kierowcy. Droga upływa szybko i wkrótce jesteśmy prawie w domu. Ulica przed kościołem jest zamknięta dla ruchu samochodowego od kilku miesięcy. Dokładnie od 12-tego kwietnia czyli tragicznej Niedzieli Palmowej- dnia w którym terroryści z tzw. państwa islamskiego doprowadzili do dwóch eksplozji przed kościołami koptyjskimi w dwóch egipskich miastach raniąc i zabijając wielu ludzi.  Ostatni odcinek drogi pokonujemy więc piechotą. Przed kościołem znajduje się posterunek policji. Kilku policjantów w białych mundurach i z karabinami pilnuje całą dobę wejścia, sprawdzając wszystkich nieznanych ludzi zmierzających do kościoła. Tuż za furtką dostrzegam elektryczną bramkę, kolejny, nowy punkt kontrolny. Policjanci rozpoznają Robbina z Wilsonem i wpuszczają nas bez przeszkód. Po kilku minutach jestem już w swoim pokoju. Tym razem mam szczęście- zostaję ulokowana w pokoju w oddzielnym budynku w którym zazwyczaj mieszka przebywający obecnie na urlopie ks Kazik, a to oznacza, że mam do dyspozycji pokój z klimatyzacją. Budynek jest stary, od dawna nieremontowany i niektóre jego części jak np. łazienka pozostawiają wiele do życzenia, ale w Kairze mało rzeczy mi przeszkadza. Po prostu kocham tu być. Dostaję też do ręki pęk kluczy do drugiego, dużego budynku gdzie jest kuchnia, jadalnie, mała kaplica i pokój w którym spotyka się zazwyczaj wieczorami cała wspólnota pracujących tutaj księży i do którego mogę wejść odpocząć, czy też obejrzeć telewizję o każdej porze dnia.

    Jest już naprawdę późno, wymieniamy kilka ostatnich zdań, wyjmuję z bagażu przywiezione i oczekiwane tutaj zawsze polskie przysmaki oraz jakieś drobne prezenty i wreszcie idę spać, szczęśliwa, że przede mną kolejna, tygodniowa egipska przygoda.

    Dzień pierwszy- czyli podróż do Sohag

    Wcześnie rano budzi mnie głos muezina wzywającego do modlitwy. Słyszę go za każdym razem gdy tutaj jestem. Przypomina mi on, że jestem w trochę innym świecie, który jednak jest światem fascynującym, jest także Bożym światem i wcale niekonieczne światem wrogim.

    Trochę się modlę, trochę czytam i rozmyślam. Nie śpieszę się ze wstawaniem, bo nie mam żadnych konkretnych planów na przedpołudnie, a poza tym czeka mnie dzisiaj całonocna podróż pociągiem do Sohag w Górnym Egipcie. Dłuższy ranny odpoczynek jest więc jak najbardziej wskazany. O godz. 8:30 dostaję od Robbina wiadomość z zapytaniem czy przyjdę na śniadanie. Robbin jest już po porannym joggingu i modlitwie. Umawiamy się w kuchni za 10 minut. Mamy przywiezioną przeze mnie , bardzo cenioną tutaj polską kiełbasę, więc utartym już zwyczajem smażę jajecznicę na kiełbasie, którą wszyscy tu bardzo lubią. W kuchni spotykam dwóch nieznanych mi wcześniej księży, a dokładniej kleryków, zwanych tutaj „seminarians” Jeden z nich Rodrig pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej, a drugi Joshua z Zambii. Spędzą w Kairze ok 10-ciu miesięcy na swoich obowiązkowych praktykach. Tak więc obecnie w parafii pracuje razem z nimi ośmiu księży : ks. Robbin, superior z Kenii, ks Amal z Indii, który dołączył do wspólnoty niedawno, po wieloletniej pracy w Tanzanii, ks Wilson również z Indii, który w tym roku po raz pierwszy odwiedził Polskę, ks Peter i ks Isa z Nigerii oraz Jean Paul z Wybrzeża Kości Słoniowej. Każdy z nich jest inny, każdy ma inne trochę pasje i zainteresowania, ale wszyscy razem tworzą wspólnotę, której nie da się nie lubić i z którą naprawdę dobrze jest być.

    Po śniadaniu każdy rusza do swoich zajęć, a ja postanawiam odwiedzić mój ulubiony, stary koptyjski Kair.

    Stary koptyjski Kair to najstarsza część miasta. Prawdopodobnie już w VI w p.n.e była tutaj osada miejska. W czasach rzymskich znajdowała się tu forteca i miasto Babylon. Mieszkający tutaj chrześcijanie zaczęli krzewić swoją wiarę w całym Egipcie, a jak była ona silna może świadczyć sporo zachowanych świątyń wzniesionych na niewielkiej powierzchni (do dziś zachowało się pięć, które można zwiedzać). W dzielnicy stoją także najstarsza synagoga w mieście i meczet. Dojazd jest stosunkowo prosty, bo stacja metra mieści się tuż obok jednego z kościołów. Jazda metrem nie jest niczym trudnym, trzeba kupić sobie bilet za dwa egipskie funty oraz pamiętać na której stacji linie metra się łączą i gdzie ewentualnie należy się przesiąść. Poza tym w godzinach szczytu oraz podczas samotnych podróży wybieram zawsze przedziały dla kobiet, które zazwyczaj nie są tak zatłoczone i jazda nimi jest przyjemniejsza. W ostatnio wybudowanej, nowoczesnej linii jest klimatyzacja i nazwy kolejnych stacji są wyczytywane, a także wyświetlane w języku arabskim i angielskim. Poza tym wszyscy są naprawdę uprzejmi, ustępują często miejsca, niekiedy pytają czy wiem gdzie wysiąść. Podróż do koptyjskiego, starego Kairu trwa dość długo i pozostaje mi niewiele czasu na odwiedzenie ulubionych miejsc. Wchodzę więc tylko do potężnego, greckiego, ortodoksyjnego kościoła św Jerzego i odwiedzam mój ulubiony Kościół Zawieszony. Turystów jest mało, a przed bramami do kościołów siedzą jak wszędzie policjanci w białych mundurach z bronią. Muszę otworzyć torbę i pokazać, że nie mam w niej nic niebezpiecznego. Policjanci są mili, uśmiechają się i pytają skąd przyjechałam. Jest gorąco, temperatura sięga 37-ciu stopni, ale jestem do tego już przyzwyczajona, poza tym uwielbiam to miejsce i nic nie jest w stanie popsuć mi dobrego nastroju. W Kościele Zawieszonym, powstałym ok. V-VI w i wybudowanym na wieżach dawnej rzymskiej fortecy spotykam kilka mało licznych wycieczek oprowadzanych przez przewodników. Siadam sobie na parę minut w ławce, aby odpocząć od upału, pooddychać tutejszą atmosferą i spokojnie się pomodlić. Niestety czas płynie szybko i muszę wracać, jeśli chcę spotkać wszystkich na obiedzie o godz.13-tej. Nie ma jeszcze ks. Jean Paula, który dopiero za dwa dni wraca z wakacji, więc jest szansa, że rozmowy będą przy stole głównie po angielsku, co mnie bardzo cieszy, bo będę miała szansę chociaż trochę w nich uczestniczyć.

    Na obiad jest makaronowa zapiekanka z mielonym mięsem i warzywami. Bardzo ją lubię, jak prawie wszystko tutaj. Wilson przynosi trochę przypraw, przywiezionych z Indii. Próbuję jedną z nich o nazwie mango, ale z owocem mango ma ona moim zdaniem mało wspólnego. Jest za to tak ostra, że nie mogę jej przełknąć czym oczywiście rozbawiam wszystkich. Śmiejemy się, rozmawiamy i czas mija bardzo szybko.

    Każdego dnia o godz.18:30 w kościele św Marka na Szubrze odprawiana jest msza św. Dzisiaj jest ona niestety w języku arabskim, więc niczego nie rozumiem. Staram się jednak podążać myślą korzystając z czytań zamieszczonych w internecie mojego telefonu i modląc się po cichu w języku polskim. Komunia jest zawsze pod dwiema postaciami, co jest dla mnie źródłem dodatkowej radości podczas każdego pobytu tutaj. Wspólnota parafialna jest bardzo nieliczna. Kilkoro starszych ludzi i siostry zakonne prowadzące szkołę obok naszego kościoła. Przed mszą kilka starszych pań modli się odmawiając głośno różaniec po francusku. Francuskiego zaczęłam uczyć się niedawno i mam rozpisane na kartce modlitwy w tym języku, ale wymowa jest wciąż dla mnie trudna i nie mogę nadążyć.

    Dzień w Egipcie jest dość krótki. Słońce zachodzi bardzo szybko i o 19-tej jest już ciemno. Zbliża się czas naszej podróży do Sohag. Pakuję trochę rzeczy, głównie cieplejszą kurtkę do pociągu, bluzę, szczoteczkę do zębów oraz jakieś przebranie na jutrzejszy dzień i ok. godziny 21-ej czekam już na Robbina i Wilsona gotowa do podróży. W Górnym Egipcie byłam rok temu, ale ks Robbin jedzie dzisiaj z bardzo konkretną misją, a ja uwielbiam podróżować, więc udało mi się namówić go, aby zabrał mnie tam kolejny raz. Ksiądz Biskup kościoła koptyjsko-katolickiego w Sohag zaprosił misjonarzy ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich do współpracy. Chcą otworzyć nowy dom w miejscowości Tahta ok 30 km od Sohag. Powody są dwa- brakuje koptyjskich księży, a tamtejsze wspólnoty są w przeciwieństwie do parafii św Marka na Szubrze bardzo liczne i bardzo aktywne. Drugi powód jest jeszcze bardziej interesujący, otóż ks Biskup pragnie, aby Koptowie mieli większą świadomość powszechności kościoła, martwi się , że ich doświadczenie kościoła kończy się na ich wspólnocie i chciałby to zmienić, stąd pomysł zaproszenia do współpracy misjonarzy. Jesienią pracę w koptyjsko-katolickiej wspólnocie rozpocznie ks Wilson i Jean Paul. Robbin jedzie tam dzisiaj zobaczyć miejsce w którym misjonarze będą mieszkać oraz aby spotkać się i porozmawiać z ks Biskupem.

    Droga do kairskiego dworca nie jest daleka, pokonujemy ją więc piechotą. Jest ok. 21:30 i ruch na ulicach jest bardzo duży. Chowam się trochę za Wilsona gdy przechodzimy przez większe ulice, wciąż bowiem nie czuje się pewnie lawirując między rozpędzonymi samochodami.

    Jest w kilka miejsc w Kairze, które może nie budzą mojego przerażenia, ale nie czuję się w nich zbyt dobrze i nie chciałabym ich póki co odwiedzać w pojedynkę. Jednym z takich miejsc jest kairski dworzec.

    Jak zwykle tak i teraz jest tutaj tłum przemieszczających się w różnych kierunkach ludzi. Trudno dopatrzyć się jakiegokolwiek rozkładu jazdy pociągów, więc jedyną możliwością jest zapytanie stojącego obok jednego z pociągów konduktora. Pociągi są bardzo stare i brudne. Większość ludzi podróżuje wagonami tzw. trzeciej klasy, które choć mają miejsca siedzące standardem przypominają bardziej wagony towarowe niż osobowe. Wszędzie panuje wielki ścisk. Pomiędzy stojącymi pociągami przez tory wciąż przeskakują jacyś ludzie , skracając sobie drogę na kolejne perony. Na naszym peronie, na gołym betonie leży mężczyzna w pozycji na wznak. Ubrany jest w galabiję i bardzo brudny. Wydaje się odpoczywać i ku mojemu zdziwieniu ma bardzo zadowoloną minę. W pewnym momencie zakłada nawet nogę na nogę, nadal leżąc na gołym betonie. Nikt się nim nie interesuje, nikt też nie okazuje zdziwienia. Na ławeczkach, ale też na ziemi siedzą całe rodziny , często z małymi dziećmi, oczekując na swój pociąg. My też siadamy na wolnym skrawku ławki. Naszego pociągu jeszcze nie ma, prawdopodobnie podjedzie tutaj, po opuszczeniu toru przez pociąg do Asuanu, stojący na torze obok nas, ale nikt nie wie dokładnie o której godzinie to nastąpi.

    Rozglądam się wokoło i myślę jak ten świat jest inny od tego w którym żyję na co dzień i który dobrze znam. Boże, gdyby tu byli moi znajomi z pracy, moi przyjaciele z Polski, jestem pewna, że ten dworzec wprawiłby ich w prawdziwe przerażenie. Przychodzi mi do głowy, że może właśnie tak wygląda większa część naszego świata, tylko my żyjemy w jakiejś oazie dobrobytu i pokoju i nawet o tym nie wiemy. Ta myśl tak bardzo nie daje mi spokoju, że postanawiam podzielić się nią z moimi przyjaciółmi. „ Robbin, ten dworzec mnie trochę przeraża, czy myślisz, że większość naszego świata wygląda właśnie tak jak to wszystko tutaj?” Robbin jest zupełnie spokojny i nie wydaje się być przejęty tym co dzieje się wokół, „czy ja wiem , odpowiada, może pewna część tak, ale dworzec, jak dworzec, nic specjalnego” odpowiada. „Robbin, byłeś tyle razy w Europie, widziałeś wiele dworców, nie mów, że to jest normalne, dla mnie to inny świat” nie daję za wygraną, „poza tym czy myślisz, że gdybym była tutaj sama, gdyby kobieta z Europy była tutaj sama- byłaby bezpieczna?” „ myślę, że tak, odpowiada niewzruszony Robbin, przecież nic tutaj się takiego nie dzieje” „ A Afryka, czy w całej Afryce dworce są takie jak tutaj?:” pytam. „ to jest najstarszy dworzec w Afryce i dlatego wygląda jak wygląda, w Afryce nie ma zbyt wiele linii kolejowych, a te które są obecnie są znacznie nowsze, więc wyglądają lepiej” Wilson też zachowuje zupełny spokój. Indie bardziej przypominają Kair niż europejskie miasta, stąd on czuje się tutaj bardziej „u siebie”.

    W końcu przepełniony pociąg do Asuanu odjeżdża i podjeżdża ten, którym będziemy podróżować. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia skąd ludzie wiedzą który pociąg jest który, bo nie ma tutaj żadnych napisów. Ostatecznie wsiadamy i zajmujemy miejsca zgodne z tymi na naszych biletach. Siedzenia jak wszystko tutaj nie grzeszą czystością, ale są za to bardzo wygodne, szerokie i miękkie. Odległości miedzy siedzeniami są też na tyle duże, że spokojnie można wyciągnąć nogi i ułożyć się w pozycji półleżącej. Znając zamiłowanie Egipcjan do klimatyzacji i wybitnie niskich temperatur, zakładam od razu cienką, ale puchową i ciepłą kurtkę, bluzę i szal. Mam nadzieję, że tak opatulona przetrwam noc bez większego problemu

    Robbin i Wilson ubierają się również. Pociąg rusza z peronu, ale po kilkunastu minutach nieoczekiwanie staje. Jest znacznie opóźniony i nikt nie wie o której godzinie dojedzie do zamierzonego celu. Jestem bardzo zmęczona i szybko zasypiam rejestrując już tylko jak przez mgłę nieoczekiwane, długie postoje naszego pociągu.


     


  •  


Napisz komentarz

Please Login to insert comment.

 

Rozmowy na Facebook'u