•  0
    Bliski Wschód

    Tyr, czyli o czym opowiadają kamienie

      Tomasz Kania        0        Zgłoś treść

    Po zwiedzeniu Sydonu na południu Libanu pozostał jeszcze jeden wyjątkowo ważny ośrodek, którego nie można było pominąć. Chodzi oczywiście o Tyr.

    Tyr założony został przez Fenicjan, podobnie zresztą jak Sydon, z którym Tyr walczył przez długi czas o status metropolii fenickich kolonii rozsianych po całym basenie Morza Śródziemnego. Miasto, co ciekawe, zostało pierwotnie założone na przybrzeżnej wyspie. Dzięki swoim dwóm portom i ścisłej współpracy z nabrzeżnymi osiedlami miało doskonałe warunki do rozwoju. Nietrudno się też domyślić, że położenie na wyspie dawało Tyrowi doskonałe warunki do obrony. Dopiero Aleksandrowi Wielkiemu udało się podbić miasto po siedmiomiesięcznym oblężeniu i wybudowaniu grobli, która połączyła je z wybrzeżem. Grobla z czasem zaczęła się zapiaszczać i poszerzać tworząc przestrzeń do rozwoju miasta w stronę lądu. W czasach rzymskich, z których pochodzą najwspanialsze zachowane do dziś zabytki Tyru, miasto zajmowało już nie tylko teren swojej macierzystej wyspy, ale również rozrośniętą i poszerzoną groblę Aleksandra.

    Obecnie ruiny starożytnego Tyru można zwiedzać na dwóch stanowiskach, gdyż rzymskie miasto zostało przecięte współczesnym. Jedna z jego części znajduje się na południe od centrum Tyru. Spacerując między ruinami natkniemy się na budynki dzielnicy handlowej, pozostałości domów mieszkalnych, kwadratową arenę, zbiorniki wody, palestrę, łaźnie i piece do wytopu słynnego tyryjskiego szkła. Budynki poprzecinane były ulicami, których granice wytyczały monumentalne kolumnady. Z pewnością nie było więc to ścisłe centrum rzymskiego założenia, niemniej jednak była to ważna część miasta.

    Zaraz po wejściu na stanowisko naszym oczom ukazuje się dzielnica handlowa, w której zachowały się pozostałości ośmiokątnego budynku handlowego z dwóch stron otoczonego ulicą. Położony na skrzyżowaniu musiał być świetnym miejscem prowadzenia handlu. W każdym z jego ośmiu boków znajdował się jeden sklep. Dalej wchodzimy na główną ulicę tej części miasta, monumentalną drogę mozaikową, która w starożytności cała była wyłożona najróżniejszymi mozaikami, z których część zachowała się do dziś. Trzeba przyznać, że ta otoczona szpalerem kolumn droga, której horyzont zamyka morze, robi naprawdę duże wrażenie. Po wejściu na nią, po lewej stronie natrafimy na arenę  otoczoną zbiornikami wody. Arena prawdopodobnie była kiedyś przyłączona do świątyni, a wypełniona wodą stanowiła scenę świątecznych celebracji. Zaraz za nią znajdowała się dzielnica mieszkalna, której plątanina ścian i uliczek może powiedzieć coś więcej jedynie wprawnemu oku archeologa. Po drugiej stronie drogi można zobaczyć ruiny palestry, czyli miejsca odbywania ćwiczeń fizycznych. Tego typu obiekty budowane były przeważnie zaraz obok łaźni. Nie inaczej było i w tym przypadku: ich pozostałości znajdują się zaraz za uliczką otoczoną granitowymi kolumnami. Dalej znajdowały się piece do wytopu słynnego tyryjskiego szkła, z którego - podobnie jak z wyrobu purpury - miasto znane było w starożytności.

    Dużym utrudnieniem w odbiorze stanowiska jest brak jakichkolwiek tablic informacyjnych za wyjątkiem jednej zaraz przy wejściu. Bez odpowiedniego przewodnika lub dostatecznego doświadczenia w błądzeniu po labiryntach starożytnych ruin (zaraz po wejściu stałem się szczęśliwym posiadaczem przewodnika), łatwo można się pogubić lub przejść zupełnie obojętnie obok czegoś, co przy minimum informacji może wzbudzić w nas podziw. Podobnie rzecz się miała w drugiej części stanowiska.

    Część miasta rozciągająca się wzdłuż grobli Aleksandra zrobiła na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Z jednej strony drugie stanowisko zajmuje na oko trzy razy większy obszar niż to pierwsze, a z drugiej zabytki, które można na nim zobaczyć, zdecydowanie bardziej podziałały na moją wyobraźnię.

    Odkrywanie stanowiska zaczyna się na początku bizantyńskiej drogi, ponad którą wznosi się raczej skromny łuk tryumfalny: albo potyczka była niezbyt znacząca, albo miasto już w tym czasie niezbyt bogate. Przechodząc przez łuk wchodzimy na doskonale zachowaną drogę wyłożoną kamiennymi płytami ułożonymi „w choinkę”. Po obu jej stronach aż do rzymskiego, monumentalnego łuku tryumfalnego, który, jak chciałbym wierzyć, był właściwym wejściem do miasta, rozciągały się cmentarze, po których teraz pozostały puste sarkofagi i kolumbaria oraz świątynie i kaplice.

    Wielki, rzymski łuk tryumfalny musiał robić ogromne wrażenie na przybywających do miasta. Zrekonstruowane zostało jego główne przęsło wznoszące się nad drogą oraz dwa mniejsze po obu jego stronach, wychodzące na chodnik dla pieszych. Jednak nie tylko monumentalnym łukiem miasto chciało witać przybyszów i pokazać swoją potęgę i zamożność. Zaraz po wejściu po prawej stronie oczom podróżnego ukazywał się szereg arkad akweduktu doprowadzającego wodę do miasta. Arkady wychodziły na chodnik, a w ich cieniu mieściły się pewnie sklepy. Zaraz za nimi rozciągała się ogromna przestrzeń hipodromu okolonego trybunami. Całość założenia tworzy naprawdę przemyślaną konstrukcję i ma jasny przekaz. Tyr, mimo że jest miastem na prowincji, jest rzymski, bogaty i potężny.

    Mniej więcej w połowie długości zachowanych arkad znajduje się obecnie wejście na teren hipodromu. Jego obszar jest wręcz nie do ogarnięcia. Na środku znajdowała się podwyższona wysepka, której skrajne punkty zaznaczone były kolumnami i obeliskiem. Zachowały się też trzy części trybun oraz brama na przeciwległym końcu hipodromu. Wrażenie jest tak ogromne, że nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby wyobrazić sobie rydwany wchodzące w zakręt przy obelisku wśród okrzyków wiwatujących widzów, którzy z przejęciem proszą bogów o pomoc dla konia, na którego postawili.

    Warto wspiąć się również na trybunę, nie tylko po to, żeby zobaczyć panoramę hipodromu i choć na chwilę poczuć się jak rzymski widz, ale również w tym celuu, żeby przyjrzeć się, jak jest zbudowana. Przez całą długość trybun biegły dwa korytarze: jeden duży, przykryty sklepieniem kolebkowym, będący zapewne głównym przejściem dla wchodzących i wychodzących widzów i drugi mniejszy, którego odrzwia zachowały się w większej części trybun. Może nadproża były zbyt ciężkie dla rozbierających trybuny w celu pozyskania kamienia do budowy i dlatego zostawili je na swoim miejscu... Perspektywa, która otwiera się, gdy stajemy w przejściu mniejszego korytarza jest naprawdę niezwykła.

    Na środku hipodromu stoi kościół zbudowany przez krzyżowców, wręcz śmiesznie mały w porównaniu do otaczającego go obiektu. Wygląda jakby był zagubiony pośrodku wielkiej, otwartej przestrzeni hipodromu, która z pewnością była większa niż wiele miast średniowiecznej Europy.

    Zaraz za ścianami trybun, blisko głównej drogi znajdowały się dwa budynki mieszczące kluby sportowe niebieskich i zielonych. Centralne miejsce w klubie niebieskich zajmował basen łaźni parowej przeznaczonej dla zawodników. Znów nietrudno sobie wyobrazić jeźdźców radośnie świętujących zwycięstwo lub w milczeniu odpoczywających w wodzie po nieudanym wyścigu.

    Łażenie w ponad trzydziestostopniowym upale po otwartym terenie stanowiska archeologicznego nie jest może najprzyjemniejszym rodzajem turystyki, jaki można sobie wyobrazić. Ruiny są wymagające, a nauczenie się języka kamieni i przeczytanie, co jest nim napisane, nie jest proste, zwłaszcza że kamienie, tak jak ludzie, w różnych miejscach opowiadają historie w zupełnie różnych językach. Z drugiej strony, jak pokazał Campbell w swojej pracy „Bohater o tysiącu twarzy”, czy to Grecy, czy Rzymianie, Germanowie, Arabowie czy Indianie Ameryki Północnej wszyscy opowiadają jedną historię, choć żeby to zauważyć, potrzeba przeczytać ich naprawdę wiele. Podobnie jest z historiami opowiadanymi przez kamienie. Wszędzie możemy znaleźć monumentalne świątynie, opowiadające historię pobożności lub zamożności i pychy ich fundatorów, pałace mające rzucić odwiedzających na kolana swoim przepychem głoszącym potęgę gospodarza, twierdze, opowiadające o bohaterskich obronach, targi i faktorie, snujące opowieści o obrotności kuców, czy w końcu najróżniejsze historie miłosne wykute w kamieniach mauzoleów i najróżniejszych budynków stawianych in memoriam.

    Jeśli czasem ktoś się zastanawia nad sensem łażenia po ruinach i oglądania resztek budynków, często niezbyt zrozumiałych kup kamieni wydawałoby się chaotycznie rozrzuconych po ogromnym terenie, lub co gorsza pyta o sensowność zachowywania ich i przeznaczania funduszy na ich konserwację, odpowiem: gdybyśmy o nie nie dbali i pozwolili na ich zniszczenie, to tak, jakbyśmy podłożyli ogień pod nasze biblioteki i pozwolili spłonąć wszystkim tym historiom, które opowiadamy sobie od pokoleń i które wciąż tworzymy.

    Tomasz Kania



    Poprzednie teksty z cyklu "Odkrywamy Liban":

    Sydon

    Sanktuarium Matki Boskiej Oczekującej

    Klasztor Świętego Krzyża i klasztor Zbawiciela

    Małe Siostry z Nazaretu

    Bejrut - Pierwszy spacer po mieście

    ______________

    Podoba Ci się to, co robimy? Buduj z nami Dom Wschodni



     


  •  


Napisz komentarz

Please Login to insert comment.

 

Rozmowy na Facebook'u