I co teraz?

I co teraz?

I co teraz?

Co z nami będzie? Co będzie ze mną? Z moją rodziną?

Od miesięcy zadaję sobie to pytanie. Od miesięcy zasypiam modląc się, żebym po obudzeniu, sprawdzając wiadomości, nie natknęła się na złe wieści. Przeglądając nagłówki, zdjęcia i filmiki próbuję upewnić się, że nasz dom wciąż stoi, osiedle oczekuje naszego powrotu, inni jego mieszkańcy powrócą na stałe, a nie tylko wpadną na chwilę.

Nie mogę przypomnieć sobie czy kiedykolwiek, czułam się tak jak teraz - jak totalny oszust. Modliłam się żeby wojna się skończyła, modliłam się za żywych i rannych, za cierpiących wokół mnie, ale przede wszystkim modliłam się za mój dom, za nasz budynek, własność naszej rodziny, aby została oszczędzona od zniszczenia. „To wielka hipokryzja” – mówię do siebie.

Czułam się tak mała zwracając się do Boga, ale szczerze nie mogłam przestać o to prosić. Nie byłam nikim lepszym względem tych, którzy stracili swoich ukochanych lub domy, lub może nawet wszystko i wszystkich w jednej „specjalnej operacji”, lecz wciąż w pierwszym rzędzie modliłam się za siebie. Za każdym razem wybierałam najpierw siebie. To było jak klątwa, z którą zmagałam się wybierając pomiędzy egoizmem a współczuciem. Gdy powrót do domu stał się w życiowym celem, zdałam sobie sprawę, iż Bóg mnie kocha, mimo że jestem tylko zniekształconym obrazem obecności Jego syna i potworem w obliczu cierpienia innych.

Wciąż razem z córką przebywałam w wynajmowanym przez Domus Orientalis mieszkaniu. Jesteśmy tak blisko Dahieh, a jednak gdy spadały rakiety, czułam, że odległość zwiększa się, odcinając mnie od mojej okolicy. Wtedy zawsze rwałam się żeby wsiąść do auta i pojechać do siebie. Pierwotny zwierzęcy zew brał górę, pchał mnie do domu żeby płakać i krzyczeć ze złości oraz bólu. Jednak wtedy budził się także matczyny instynkt, rodzicielska odpowiedzialność. Moja córka ma co prawda ponad 20 lat, ale jako jej matka, muszę zapewnić jej bezpieczeństwo. 

Myślałam przy tym żeby wysłać ją do rodziny jej ojca, w bezpieczne strony, a sama mogłabym wtedy pojechać do dom,  by w swej słabości łkać i płakać jak każda inna zwykła kobieta.W jej obecności staram się być jak archetypowa niewzruszona rodzicielka, jednak potrzeba powrotu do domu staje się tak mocna, że we wnętrzu domagam się uwolnienia od bycia matką, córką czy w ogóle kimkolwiek istotnym dla kogokolwiek. Po prostu chcę wrócić do domu za wszelką ceną, koniec dyskusji! 

Czułam jakby ktoś rozrywał moje serce, kiedy wiosną moi rodzice próbowali dwukrotnie wrócić do domu, a ja musiałam zapewnić mojej córce schronienie w bezpiecznym miejscu i minimum normalności w tym krytycznym czasie. Czułam się jakbym była martwa, wiedząc, że oni śpią na tym naszym osiedlu, cichym i pustym jak cmentarz w środku nocy. Wtedy tylko garstka ośmieliła się wrócić ze względu na wciąż niepewną i zmieniającą się sytuację.

Dwa razy  pod wieczór, odwiedziłam ich tylko po to, żeby pomóc im naprędce pozbierać swoje rzeczy i uciec w obliczu zbliżającej się eskalacji. Wierzę, że Bóg wysłał mnie we właściwym momencie, dwukrotnie w samą porę aby pomóc im w ewakuacji. Patrzyłam wtedy jak ich czarny cadillac niknie w ciemnościach, rozstając się z nimi i powsztrzymując łzy. Wdzięczności Bogu za okazaną nam Łaskę towarzyszyła przygniatające uczucie bezsilności wobec tego okropnego koszmaru.

Od października 2023 doświadczamy bezmiaru tragedii, właściwie prawie codziennie. Dla mnie osobiście każda z nich testuje moją wiarę, raz po raz, bez końca. Przypominam sobie, że każda iskra siły i stabilności we mnie nie pojawiła się znikąd, ale pochodzi ze skały jaką jest Jezus.

Uświadamiam sobie, że bez nadziei albo uległabym depresji lub po prostu odeszła od zmysłów. Wraz z codziennymi tragicznymi wiadomościami i przerażającymi historiami w social mediach, świat jakby tracił humanizm. Wszystko traciło sens, a ilość cierpienia wokół stała się nie do uniesienia.

Walka z myślami stawała się kolejnym codziennym wyzwaniem. Utrzymanie balansu świadomości brzmiało jak najwyższe osiągnięcie pośród otaczającego szaleństwa i brutalności. Czy życie było tego warte? W kółko powtarzałam sobie „Tak, Bóg dał nam życie i był przy tym bardzo hojny”.

Wspominam też jedną z wiosennych niedziel, jako nowe i jakieś inne doświadczenie. Po raz pierwszy od początku wojny, płakałam bezsilnie gdy dowiedziałam się, że rakiety uderzyły w budynek naszych krewnych, tuż obok naszego domu. Po wielokrotnym obejrzeniu nagrań krążących po internecie, zauważyłam ten trafiony budynek. To co potem zostało określone jako „nieudana operacja” sprawiało bardziej wrażenie zbiorowego karania. Zginął mężczyzna, a członkowie jego rodziny doznali obrażeń. Czy naprawdę byli tak istotni aby stali się celem? Naprawdę nie mogłam znaleźć usprawiedliwienia dla tego co się stało. Cóż, kilka godzin później, wydarzenie rozmyło się w międzynarodowych mediach, pozostając niewiele znaczącym "niepowodzeniem". Najwyraźniej ci ludzie nie znaczyli wiele w obliczu rozmiaru tej wojny.

To była jedna z tych trudnych chwil kiedy ponownie zdałam sobie sprawę, że należę jednocześnie do dwóch światów: szyickiej wspólnoty z Dahieh i Kościoła Boga. Jestem fuzją obu tych rzeczywistości, stopem powierzchownej twardej surowości oraz kipiących emocji wewnątrz. Nie wiem jak obie te sfery współistnieją we mnie. Zawsze boli gdy ścierają się ze sobą, jednak przynoszą nie tylko cierpienie ale też coś pięknego.

Teraz, dzisiaj, gdy zawieszenie broni jest w fazie próbnej i prowadzone są negocjacje pokojowe, ponownie pakuję swoje rzeczy i ponownie szykuję się do powrotu do Domu.

I dopiero w tej chwili mogę w końcu pisać o tym wszystkim. Przez 3 miesiące nie widziałam nawet jakie przesłanie chciałabym przekazać . Po raz pierwszy wątpiłam czy moje myśli są adekwatne względem dziejącej się katastrfoy, albo czy w ogóle mam prawo mówić cokolwiek wobec tragedii jakiej poddane były ofiary tej wojny. 

Tak wiele razy otwierałam laptopa, napisałam kilka słów, zawiesiłam się i przestałam pisać. Mam teraz jakkieś fragmenty myśli, żadnej spójnej treści. Zawsze coś mnie przerywa, coś z wewnątrz. Myśli rozpychały się, walczyły między sobą, każda domagała się pierwszeństwa. Wojna toczyła się we mnie, nie łatwo było odbywać rozmowy pokojowe. Dziękuję Bogu za każde słowo podczas mszy oraz podczas zajęć teologicznych. On wie jak bardzo potrzebowałem każdego z tych słów, żeby dziś móc siedzieć prosto i pisać.

Nie jestem w stanie przyznać, że w klarowny sposób oceniam aktualną sytuacją albo że mogę prorokować co stanie się się w przyszłości. Jestem wszak tylko jednym wielkim bałaganem w ludzkiej formie, który stara się powrócić do swojego schronienia. Oby Bóg miał litość nade mną i nad tym umęczonym krajem. Nie wyobrażam sobie co by się stało gdyby ta ziemia nie była przez Niego tą wybraną...

 

 

Files to download