Wojna braci, czyli jak pisać o Bliskim Wschodzie

Wojna braci, czyli jak pisać o Bliskim Wschodzie

Kilka dni temu rozmawiałem z dziennikarzem zajmującym się tematyką bliskowschodnią o jakości debaty dotyczącej tej tematyki w naszym kraju. Najciekawsze w tej rozmowie były nie tyle smutne konstatacje o domorosłych autorytetach, nieprofesjonalnej reporterce i przerażających uproszczeniach w analizach problemów, co raczej wskazanie na źródła tego stanu rzeczy. Usłyszałem hipotezę, z którą się zgadzam, że powodem tego jest paląca konieczność szybkiego nagłego nadrobienia przez Polaków strat w zdobywaniu wiedzy na temat Bliskiego Wschodu. Pozostawanie za żelazną kurtyną naszego kraju spowodowało radykalne odcięcie Polaków od kontaktów ze światem zewnętrznym. Gdy nagle kurtyna opadła i błyskawicznie znaleźliśmy się na arenie dziejów Europy Zachodniej zobaczyliśmy rzeczy nowe i zostaliśmy skonfrontowani z problemami zupełnie odmiennymi od naszych. Pragnienie szybkiego zdobycia wiedzy na tak ważny temat dla dzisiejszej Europy jak islam czy kultura i cywilizacja Bliskiego Wschodu naraża nas na przyjmowania i tworzenie teorii wszystkiego stanowczo za szybko.

Skutek jest taki, że autorytetem łatwo staje się człowiek, który spędził na Bliskim Wschodzie dwa tygodnie, prasa publikuje artykuł dziennikarza, który odbył 40 minutowy spacer po obozie dla uchodźców i przez tłumacza zadał kilku ludziom kilka pytań, internetowe filmiki i wiedza z Wikipedii zastępują obserwację rzeczywistości i studiowanie. Dyskusje prywatne czy publiczne, wypowiedzi publicystów w prasie i telewizji czy komentarze w sieci pod publikowanymi materiałami cechuje zdumiewająca pewność w głoszeniu poglądów przeraźliwie uproszczonych i zafałszowanych.

Dlatego z wielką przyjemnością przekonałem się, jak bardzo reporterska książka Marcina Mamonia na temat dżihadu pozytywnie odbiega od tego smutnego stanu rzeczy.

Marcin Mamoń porusza jeden z najważniejszych tematów związanych z obecnością w świecie i w Europie islamu z jego ideą religijnej wojny. Polacy doskonale wiedzą, że muzułmanie prowadzą dżihad w różnych częściach świata, i prawie każdy z nas jest przekonany, że ma już wyrobione stanowisko na ten temat. Niestety znamy dżihad tylko przez media, które - o czym napisałem wyżej - karmią spragnionych wiedzy o świecie prostymi odpowiedziami na trudne pytania. Kto szuka takiej pożywki dla swojego intelektu, w książce Mamonia jej nie znajdzie. Kto chce mieć wszystko podane jak na tacy i liczy na gotowe do wciśnięcia w swój światopogląd tezy, niech po książkę nie sięga. 

Mamoń nie uległ pokusie, która w Polsce jest bardzo silna, szybkiego wdrapania się na piedestał eksperta. Jego wypowiedź to nie owoc internetowej kwerendy i krótkiego wyjazdu na granicę syryjską, ale zapis wieloletnich kontaktów ze światem dżihadu od Ukrainy, przez Kaukaz po Turcję i Syrię. Co więcej, autor - jestem przekonany, że świadomie - wyraźnie rezygnuje także z pokusy podsuwania czytelnikowi wniosków i ocen. Wybrał drogę, na której zostało niewielu, rzetelnej pracy reporterskiej. Nie jedzie do dżihadystów, żeby powiedzieć nam, kim są i co mamy o nich myśleć, ale spędza z nimi czas, rozmawia, pyta, słucha i obserwuje, żeby potem po prostu odmalować ten świat, wprowadzić nas w niego i pozwolić nam go poznać.

Książka Marcina Mamonia "Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy" jest napisana w taki sposób, że autora w niej nie widać i nie słychać. "Ja" pojawia się tylko tam, gdzie to konieczne, a "sądzę" czy "uważam" dotyczy tylko szacowania wzrostu bohaterów czy rysów twarzy spotkanych dżihadystów, których nie można było dostrzec przez założone na twarz husty i kominiarki. Za to jestem bardzo autorowi wdzięczny, że nawet w sposobie narracji nie przemycił niczego, co zmusiłoby czytelnika do przyjęcia jego sposobu postrzegania i oceniania przedstawionych postaci.

Jeśli po lekturze prawie pięciuset stron książki o dżihadzie, czytelnik nie znajdzie żadnej tezy nadającej się do ubogacenia swojego światopoglądu i przy kolejnej debacie nie będzie mógł tonem eksperta błysnąć stwierdzeniem w rodzaju: "Mamoń dźihad rozumie i popiera", "Mamoń z dżihadystów kpi" czy "Czytałem u Mamonia, że dżihad jest strasznym zagrożeniem dla świata", to po co to czytać? Po to, żeby spotkać ludzi, o których zbyt łatwo się wypowiadamy.

Niezwykła siła książki Mamonia tkwi według mnie w szacunku dla człowieka i jego wyborów oraz w w pokorze wobec odmiennego świata. Wybierając drogę reportera, autor nie staje wobec rzeczywistości, którą bierze na warsztat, jako jej promotor czy wróg, ale jako uczestnik. A trudno, żeby jakikolwiek świat dał nam do siebie dostęp, jeśli nie czuje się przede wszystkim po prostu przyjęty. Dzięki temu, że Mamoń staje wśród ludzi dżihadu bez ambicji łatwego ocenienia go, może - a my razem z nim - dokładnie przyjrzeć się ludziom, którzy w nim żyją i go tworzą. I dopiero po wielu spotkaniach i rozmowach - a w książce Mamonia czytelnik znajdzie dziesiątki bohaterów - pomału w człowieku tworzy się dojrzała opinia.

Serdecznie polecam Wam zatem lekturę "Wojny braci", ale także sposób, w jaki autor ją stworzył. Świat jest skomplikowany, zjawiska w nim zachodzące nie dają się łatwo uchwycić i pojąć. Tak jak własny świat pojmujemy będąc w nim, tak i ten bliskowschodni domaga się cierpliwego przebywania z ludźmi, słuchania ich samych, przyglądania się nim: da się poznać i pojąć, ale będzie się szarpał i wyrywał, jeśli będziemy mu wmawiać, że jest czymś, czym nie jest.

Chcecie wiedzieć, czym jest dżihad? Nie stawiajcie na domorosłych ekspertów, szukajcie dobrych reporterów.

ks. Przemysław M. Szewczyk