Alina Goska: Kolejny raz w Egipcie (4)

Dzień V – Sohadż

Noc mija spokojnie i gdy otwieram oczy, za oknem jest już dzień, a my dojeżdżamy do celu naszej podróży. Bierzemy taksówkę i wkrótce jesteśmy przed budynkiem, gdzie mieszka ksiądz Biskup. Niestety nikt tutaj nie mówi po angielsku. Jakiś pan prowadzi mnie do mojego pokoju. Zostawiam rzeczy i chwilę odpoczywam, wkrótce spotykamy się na dole w małej kaplicy, gdzie będzie odprawiona msza święta. Msza jest po arabsku i na dodatek liturgia w obrządku koptyjskim, więc dosyć szybko się gubię. Poza Robbinem i Wilsonem odprawia ją jeszcze trzech księży.

Po mszy spotykamy się na wspólnym śniadaniu. Niestety ksiądz Biskup jest chory i nie opuszcza swojego pokoju. We wszystkich pilnych sprawach przyjmuje u siebie. Robbin jest umówiony na rozmowę, a ja razem z Wilsonem i jakąś panią, która tutaj pracuje, idziemy obejrzeć miasto. Nasza przewodniczka mówi po arabsku, a Wilson tłumaczy na angielski. Zwiedzamy stary koptyjski kościół częściowo spalony podczas zamieszek w 2013 r., obecnie odbudowany i spacerujemy deptakiem wzdłuż Nilu. Ostatecznie przyjeżdża po nas kierowca biskupa i zabiera nas poza miasto do starych koptyjskich Klasztorów Białego i Czerwonego.

Mijamy położony ok. 5 km za miastem Klasztor Biały i po przejechaniu kolejnych 6-ciu kilometrów zatrzymujemy się przy Czerwonym Klasztorze. Pierwotnie powstał w V wieku, wybudowany przez jakiegoś złodzieja, który się nawrócił. Nazwę swą zawdzięcza czerwonej cegle użytej do budowy. W środku kościół jest odnowiony i naprawdę piękny. Chwilę go podziwiamy, robimy kilka zdjęć. Nie ma żadnych turystów, przed kościołem pracuje grupka archeologów. Czas nagli, bo zbliża się pora obiadowa, wracamy więc do siedziby biskupstwa.

Robbin załatwił już wszystkie swoje sprawy i ma czas wolny, jemy obiad i po chwili odpoczynku wyruszamy ponownie. Tym razem chcemy odwiedzić jedną z tutejszych, chrześcijańskich parafii położoną na wsi oraz zobaczyć budynek, którego część miałoby dostać do zagospodarowania Stowarzyszenie Misji Afrykańskich.

Najbardziej podoba mi się egipska wieś. Liczne zielone farmy położone są jedna przy drugiej tworząc wyraźny szeroki pas zieleni, za którym złocą się w popołudniowym słońcu góry egipskiej pustyni. Zabudowania położone niemal jedno przy drugim, oddzielone wąskimi uliczkami bardziej przywodzą na myśl małe miasteczko niż wieś. Zwłaszcza, że do budowy domów użyto cegły lub kamienia. Na polach rośnie w większości kukurydza przeznaczana głównie na paszę dla bydła. Liczne osiołki poganiane przez właścicieli ciągną wózki załadowane zebraną kukurydzą, na grzbietach niektórych z nich podróżują chłopcy, a także ubrani w długie galabije dorośli mężczyźni.

Po około godzinie jazdy wjeżdżamy na podwórko plebanii przylegającej do wybudowanego z cegły dość nowego, okazałego kościoła. Wita nas wysoki ksiądz i gromadka roześmianych dzieci. Całkiem spora grupa dorosłych krząta się wokół plebanii. Witamy się i wchodzimy do środka. Ksiądz Michael jest bardzo miły, pyta mnie o polski Kościół i wrażenia ze Światowych Dni Młodzieży. Pijemy herbatę i rozmawiamy dłuższą chwilę. Jestem bardzo zadowolona, bo dość dobrze rozumiem, co mówi, i staram się uczestniczyć w rozmowie. Oglądamy kościół, rozmawiamy trochę o tutejszej wspólnocie, która jest bardzo zaangażowana religijnie, na koniec robimy sobie wspólne zdjęcie.

Gdy opuszczamy parafię, jest już prawie ciemno. Słońce zachodzi tutaj ok. 19-tej i zawsze przebiega to dość szybko. Ani się człowiek obejrzy i już szarówka. Szkoda, bo nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć egipskiej wsi i tej parafii. Może jeszcze kiedyś tu wrócę. Wsiadamy do samochodu, aby dotrzeć do jeszcze jednego celu naszej podróży – opuszczonego budynku, w którym ma mieścić się nowy dom SMA. Budynek jest duży, piętrowy i mocno zaniedbany. Kiedyś mieściło się tutaj seminarium, ale teraz potrzeba dużo pieniędzy, aby nadawał się do zamieszkania. Położony jest w dość sporym ogrodzie. Robbin i Wilson są jednak wyraźnie podnieceni pomysłem. Planują rozmieszczenie przyszłych koniecznych pomieszczeń, a nawet zagospodarowanie części ogrodu. „No i musimy mieć jakieś pokoje gościnne”, śmieje się Robbin, „żeby Alina miała gdzie mieszkać, jak odwiedzi nasz dom”. Wilson obiecuje mi przy okazji, że gdy będzie już tutaj pracował, zabierze mnie kiedyś dalej w dół Nilu do Luksoru. Jestem oczywiście zachwycona tym pomysłem.

Jest już zupełnie ciemno, gdy wracamy do naszych pokoi w gościnnym domu koptyjskiego biskupa. Jemy kolację w towarzystwie jednego z księży i wychodzimy przed dom wypić na powietrzu herbatę. Jest ciepła egipska noc, w mieście nikt nie myśli jeszcze o odpoczynku. Sauhadż to duże miasto liczące ok. 200 tys mieszkańców z własnym portem lotniczym i stacją kolejową. Jak chyba w całym Egipcie również tutaj gwar i ruch słychać do późnych godzin nocnych, a może raczej wczesno-rannych. Jestem już zmęczona i idę spać kończąc ten obfitujący w nowe wrażenia dzień. Jutro zaraz po śniadaniu wracamy pociągiem do Kairu.

Dzień VI – znowu Kair

Znów mamy szczęście, bo pociąg przyjeżdża zgodnie z rozkładem i sprawnie odnajdujemy nasze miejsca. Cieszę się, że tym razem będziemy podróżować za dnia, dzięki temu zobaczę jeszcze kawałek egipskiego świata. Wyjątkowo w pociągu panuje tym razem normalna temperatura. Nie jest wcale gorąco, ale też nie muszę zakładać swojej puchowej kurtki. Po kilku godzinach okazuje się, że w naszym wagonie zepsuła się klimatyzacja, bo całe rzesze podróżnych krzyczą na konduktora, obwiniając go za ten fakt. Tylko my się cieszymy, że tym razem nie zmarzniemy. Ale dlaczego pozostali podróżni są tak zdenerwowani? Nie jest łatwo zrozumieć Egipcjan.

Za oknami krajobraz jest dość monotonny, całymi kilometrami zielone pasy farm, poletka uprawne, dużo kukurydzy, prawie wszędzie egipska wieś. Robbin jest trochę zdziwiony monotonnością krajobrazu. Nie zdawałem sobie sprawy, że tych farm jest tutaj tak dużo, mówi.

Po siedmiu godzinach jazdy i krótkim spacerze z dworca jesteśmy z powrotem w parafii św. Marka. Nie jest jeszcze późno i nie czuję się zmęczona. Mam ochotę wybrać się ponownie na Chan al-Chalili. Jakub i Abraham, jeden z seminarzystów, zgadzają się pójść ze mną. Jakub jest bardzo miły, ale nie mówi po angielsku. Abraham mówi po angielsku i francusku, ale rozumiem go dużo gorzej niż Robbina. Tak czy inaczej wspólnymi siłami damy radę się porozumieć.

Jakub porusza się pa bazarze dużo sprawniej niż Hossam. Dość szybko znajdujemy poszewki na poduszki, które obiecałam przyjaciołom w Polsce. Na dodatek Jakub świetnie się targuje, więc kupujemy je po bardzo rozsądnej cenie. Spacerujemy jeszcze przez chwilę, robimy kilka zdjęć i wracamy taksówką do domu. Na moją prośbę Jakub kupuje jeszcze piwo dla nas wszystkich w tylko sobie znanym miejscu, a w sklepie spożywczym w drodze powrotnej – masło do mojego ciasta z owocami, które mam zamiar upiec jutro rano. Rozmawiam trochę z Abrahamem, który jest bardzo miłym i uczynnym chłopakiem. „Przyjedź na moje święcenia, za pięć lat do Ghany” – mówi. Kto wie, życie bywa tak zaskakujące, rozmyślam. Odnajdujemy się na fb i obiecujemy pamiętać w modlitwie.

Alina Goska

CDN

Kolejny raz w Egipcie, cz. I

Kolejny raz w Egipcie, cz. II

Kolejny raz w Egipcie, cz. III

Przeczytaj inne teksty Aliny:

Moje spotkanie z Kairem

Moja wizyta w Kenii

Podoba Ci się, co robimy w „Domu Wschodnim”?
Dołącz do nas!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *