Wokół spotkania sprzed 1/3 wieku…

Wydaje się, że to gdzieś prawie na końcu świata. Pusta szosa, niemodny przystanek – stara buda z pomazanymi ścianami. Wyjście z autobusu i już jakiś inny powiew lekkiego, przesiąkniętego świeżą zielenią powietrza. Pusto wokół, nikt nie czeka. Jak zwykle w takich sytuacjach pojawia się niepewność czy trafiliśmy do właściwego miejsca. Przy rozwidleniu szosy i wiejskiej drogi 2 kapliczki. Znamienne, że stoją tyłem do siebie w dużej bliskości. To znak, że nie panują tu zasady planowania przestrzennego, ale zdrowe, stanowcze postanowienia mieszkańców tej ziem, którzy w ten sposób starali się zaniechać sąsiedzkich sporów. Pojawiają się nasi wybawiciele. Tu zdarza się, że autobus przyjeżdża wcześniej, tak jak dzisiaj. Po drodze mijamy wiejską szkołę, przy której piętrzą się wielkie ilości rowerów, dom kultury i coś na kształt rynku. W oddali góruje kościół  Najświętszego Serca Jezusowego, w którym znajduje się sanktuarium Matki Bożej Horodyskiej słynącej z XVI – wiecznych objawień, kiedy to w maju 1550 r. Maryja ukazała się na drzewie lipowym obok kościoła. Po drodze stary, drewniany krzyż pamiętający jeszcze czasy carskie i prześladowania religijne mieszkańców.

Gospodarstwo jak wiele innych; żółty dom, podwórko, zabudowania gospodarcze, studnia, czyli wszystko to, o czym człowiek z miasta w ogóle nie myśli. Szybki obiad i wyjazd do skansenu w Hołownie – miejscowej „krainy rumianku”. Ale nie jest to instytucja tylko dzieło, które powstało poprzez osoby,  mające energię i zapał, aby za wszelką cenę zrobić coś dla innych ludzi, dla tej ziemi  w ich odczuciu szczególnej i ważnej na tyle, żeby o niej mówić innym. Oprócz regionalnych chat, wystroju, warsztatów pokazujących typowe dla tego obszaru zajęcia domowe i gospodarskie, oglądamy miejscowe dobra i cały wachlarz sposobów naturalnego wspomagania człowieka poprzez zielarstwo, naturę i pozbawione chemii specyfiki. Opowieść o wszystkich dokonaniach przekazywana jest szybko, ale z przejęciem. Zaangażowanie, to chyba najprostsze i najbardziej pasujące określenie do osób, które to miejsce wymyśliły, prowadzą, wspierają, odwiedzają czy tylko sympatyzują z nim. Przy okazji dowiadujemy się, jak działa stowarzyszenie, które od początku swej działalności bazuje na dobrej woli,  inicjatywie, pomysłowości i woli twórczej jego założycieli.

Po drodze rozmowy. Jak zawsze wynikające niby mimochodem, niby z powodu jakiegoś szczegółu, wtrąconego słowa, ale przeradzające się w wyznania,  wyartykułowanie wątpliwości, umocnienie postanowień, przekonań czy choćby tylko wahań. Wydaje się to często przypadkiem, ale wiedząc, że przypadków nie ma, ot, tak sobie pochylić trzeba głowę nad tym momentem, który być może był jedyny, oczekiwany, uświadomiony,  może nie do końca  jasny, jaki powinien być. Może to czas na wyznaczenie jakiegoś  nowego życiowego kierunku? Tak dzieją się spotkania. Tak poprzez nie realnie doświadczamy tego, co do tej pory mogło być teorią, zamierzeniem, tematem do dyskusji, mniej lub bardziej podejmowanym wyzwaniem. Konsekracja osób świeckich. Tu, przy okazji zupełnie innej pojawia się temat, o którym tyle słyszeliśmy, trochę mówiliśmy w zupełnie odmiennym „wystroju”. Tak rozpoczyna się ten trzydniowy cykl spotkań, o których mogę powiedzieć, że na pewno nie były przypadkowe, ale też nie zostały z góry zaplanowane.

Spieszymy się do parafii. Msza święta koncelebra z proboszczem, który przez samotne posługiwanie w parafii nabiera rozpędu, i po 25 minutach msza kończy się nabożeństwem majowym.  Grupa dzieci, trochę dorosłych, może nawet nie tak mało jak na powszedni dzień, ale to przecież wieś. Tu kiedyś Pan Bóg wyznaczał czas na wszystko.

Jest czas na modlitwę, na wieczorne rozmowy, które otwierają kolejne odsłony myśli o planach, możliwościach i dokonaniach. Otwierają nowy, pełen wrażeń dzień, ale przed nim zapada noc, tak ciemna, że tylko chyba tu na wsi zatapiają się w niej dzisiejsze obrazy, myśli, wydarzenia i tęsknoty, aby otulić je wszystkie płaszczem bezkresnego wieczornego nieba.

* * *

Następny dzień powitał nas bezchmurnym nieboskłonem z jaśniejącym i już od rana przygrzewającym słońcem. Wczesna godzina, ale dla ptaków to już czas pracy tym usilniejszej, im bardziej przekrzykują się w swoich pieniach. Wieś pusta, wydaje się, że w okolicznych domach nikogo nie ma. Rozjeżdżona wiejska droga prowadzi w pola, które obsypane niewysokim zbożem wzrastają jasną, czystą zielenią. Wokół zaczynają kwitnąć sady biało-różowymi delikatnymi kwiatami jabłoni. Forsycja wystrzeliła większością swoich kwiatów tak gęsto, że z daleka przypomina żółte kule. Ogródki przy domostwach urozmaicają czerwone tulipany. Nie potrzeba ołtarza, obrazków ani żadnych dekoracji, żeby zacząć różaniec i chwalić Boga tą uroczystą codziennością cudów przyrody. Kapliczki co krok stanowią jakby niezbędny element tych wiejskich klimatów.

Kończymy śniadanie, gdy pojawia się Robert. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo młodym chłopakiem, ale z rozmowy wynika, że tak nie jest. Od słowa do słowa rozpoczyna się dyskusja, widać chęć otwarcia się ze swoimi myślami, podzielenia się nimi. Najpierw nieśmiało bada słuchaczy, aby za chwilę powiedzieć swoje credo, które tego dnia słyszeliśmy dziesiątki razy: Pan Jezus cię kocha. Opowiadając historię swego życia, niezwykłą przemianę poprzez modlitwę wstawienniczą o uzdrowienie duszy i ciała, daje świadectwo, czym jest wspólnota prawdziwie zaangażowana w niesienie pomocy i w odpowiedzialność za drugiego człowieka. To co jest niezwykłe i ewangeliczne, to skierowanie wszystkich swoich sił do każdego potrzebującego a nie do znajomych czy przyjaciół. Z zapałem opowiada o swojej drodze, wątpliwościach, sukcesach i porażkach. Absolutnie entuzjastycznie nastawiony na budowanie, pomoc, rodzinę. Może czasem naiwnie, ale szczerze. Nawet głos rozsądku i równowagi nie jest w stanie zachwiać jego projekcjami. Nic więc dziwnego, że opóźniamy wyjazd, bo nie sposób zablokować to prawdziwe spotkanie, które w dużym stopniu dotyka spraw ważnych i nie raz dyskutowanych w DOMu. Jest też w moim odczuciu drugą stroną problemów z jakimi boryka się s. Lidia. Myślę sobie, jakby to było cenne i dobre, gdyby taką środowiskową troskę połączyć z jej doświadczeniem i dokonaniami. I znowu głębokie spotkanie, wyznania, umocnienie, przyjaźnie wyciągnięta dłoń. Od rana czeka na nas Olek, który związany jest z Jabłeczną poprzez swoje prawosławie. Tutaj był zawsze częstym gościem, ale niedawno kupił domek, do którego przyjeżdża z rodziną. Znawca problemów i ludzi, o których dziś rano rozmawialiśmy. Jego domek mało widoczny w kępie drzew. W ogrodzie, a raczej dzikim sadzie wokół domu rozsiadamy się w plecionych fotelach. Wysokie trawy, krzewy i drzewa stanowią naturalną ozdobę, zachęcając okoliczne ptaki do tak wyrafinowanych treli, że tylko wytrawne, muzyczne ucho potrafi odróżnić słowika od kosa czy wilgi

Jabłeczna to miejsce dla naszej byłej duszpasterskiej grupy niemal mistyczne. Może to nawet główny powód tego przyjazdu, a może tylko nostalgia za tamtym dawno już przebrzmiałym czasem. Można tak powiedzieć, ale czy rzeczywiście przebrzmiałym? Gdyby tak było, powrót ten nie miałby większego znaczenia. Przypominam sobie wszystko to, co udaje wygrzebać się z pamięci, dziś może nawet więcej niż kiedykolwiek. Okazuje się, że wcale nie jest to tak bardzo odległe myślowo, że są takie szczegóły, które aż dziwne, że można objąć pamięcią. A jednak. Jak mocne były to wrażenia, jak głęboko zapadły te spotkania, wyprawy w poszukiwaniu śladów i zbieżności kultur, religii, duchowości. Jak wtedy nas to pochłaniało! Ten czas zaprocentował być może po latach, a może już znacznie wcześniej. Porywało nas to, co przekazywał nam z entuzjazmem  i tłumaczył nasz przewodnik. Tym entuzjazmem byliśmy zarażeni do granic naszych młodzieńczych chęci, oczekiwań i duchowych poszukiwań.

Przejechaliśmy przez wieś. Najważniejszy w niej był wówczas kościół parafialny z ogromną postacią Chrystusa na krzyżu, na zewnątrz. Przez wiele lat na wspomnienie tej figury zbroczonej krwią i tak wystawionej na widok publiczny, wzbierały uczucia smutku i prawdziwego, współczującego bycia obok. Nigdy nie widziałam podobnego i tak przejmującego wizerunku. I On właśnie tam był, przez tyle lat aż do dzisiaj. Wszystko inne zmieniło się . Może tylko zarys proboszczowego podwórka przypominał coś z tamtych czasów, ale dom był już całkiem inny.

Tuż za wsią prowadzi droga do klasztoru, sanktuarium św. Onufrego, który jak głosi legenda sam wybrał sobie miejsce na powstanie tej świątyni. A może to wcale nie jest legenda tylko jedna z tych prawd o świętych, którą my sami wsadzamy w kategorię bajek i legend. Dziś widać, jak wiele zmieniło się wokół klasztoru. Tylko droga, która wtedy była groblą wśród łąk pełnych kwiatów i żaru lipcowego lata, teraz jest drogą bardziej ucywilizowaną dla samochodów. Wkraczamy w świat jakby w zwolnionym tempie. Dzięki serdecznym kontaktom Olka z mnichami możemy trochę więcej zobaczyć, pobyć dłużej, porozmawiać a nawet wypić herbatę z wielkanocną tradycyjną paschą z bakaliami.

Dziś cerkiew trochę odnowiona, bogatsza o nowe ikony  z otwartymi carskimi wrotami z powodu niedawnych wielkanocnych uroczystości. Wystrój, malowidła i ikony nie są jedynie ozdobami. Patrzą z nich święci, Maryja i sam Pan Bóg w dostojnej kolejności, przepysznej harmonii, którą można na pierwszy rzut oka nazwać kiczem, ale jest to wielka tradycja, poważna, gromadząca w swej wymowie setki lat niezmiennych i niepodważalnych wartości, które tutaj wzbudzają nie tylko podziw, ale emanują swą surową ascezą i łaską Bożą jaką ta świątynia zawsze słynęła. Dziś nie było możliwości uczestniczyć przy śpiewach, które przed laty stanowiły dla nas element tego wspaniałego misterium.

Ale pojawia się myśl, która potwierdzona przez Olka zaczyna powoli kiełkować w głowach. A może wspólny śpiew będzie znowu powodem spotkania, teraz trochę innego naszego zetknięcia z prawosławiem?

Spieszymy się. Jeszcze przed nami Kodeń i Kostomłoty. Do Kodnia jedziemy wstępując do sióstr karmelitanek. Chwila modlitwy w kaplicy z pięknymi, niespotykanymi witrażami, które kojarzą mi się z płatkami hostii. Krótka modlitwa i nagle gdzieś z góry słychać śpiew, który unosi się ponad głowami jak anielska melodia spływająca z nieba. I ten spokój, który ogarnia ciało i duszę…

Sanktuarium w Kodniu jest naszym przystankiem na wspólną Eucharystię. Blisko siebie, w skupieniu tworzymy to porozumienie modlitewne, wspólnotę, która pozwala na bardziej osobisty kontakt, bliższą modlitwę, całkowite zasłuchanie w serce.

Jeszcze koronka przed obliczem Matki Boskiej Kodeńskiej, która w swoim dostojeństwie panuje tu na Podlasiu.

Bezchmurne niebo i piękne słońce zachęcają do dalszej drogi. Wpadniemy na chwilę do parafii unickiej w Kostomłotach, żeby zobaczyć czy coś zmieniło się przez te wszystkie lata. Teren wokół świątyni jest zupełnie inny. Widać, że trochę przystosowany do turystycznych wizyt. Sama jednak cerkiew, mała i dość uboga nie bardzo zmieniła swój wizerunek. Trwa właśnie nabożeństwo. Ludzi sporo. Z daleka widzę, że odbywa się spowiedź, która dawniej wzbudzała w nas zdziwienie. Tu właśnie uczestniczyliśmy przed laty we wspólnej Eucharystii i nawet duszpasterz nasz głosił homilię. Dziś stanęły te wydarzenia w oczach jakby były nie tak odległe.

Jeszcze tylko granica na Bugu. Szukamy dojazdu do rzeki. To już tu, słupki biało czerwone, kępy drzew za rzeką, która przechodzi w zakola, żeby za chwilę zniknąć w zaroślach. To na dziś koniec naszego świata, który kiedyś tu skończył się w nadbużańskich zaroślach, a dziś odżył znowu w tym zderzeniu kultur, przyrody i wspomnień stykających się z rzeczywistością. Powrót po długim dniu wypełnionym wrażeniami znajduje podsumowanie przy bardzo późnym obiedzie. Ważne rozmowy, ważne pytania, słuchanie się nawzajem, odczytywanie znaków codzienności i znaków tych spotkań, wielu wątków  domowo wschodnich idei, to wszystko wypełnia nasz wieczór. Może uda się jeszcze znaleźć uzasadnienie tego co z jakąś niesamowitą precyzją jawi się przed nami jako wcale nieprzypadkowe. Czym były te chwile oprócz wspomnień, ciekawości, która dojrzewała do obecnego czasu. Szukamy odpowiedzi, punktu zaczepienia i znajdujemy go tutaj w niewielkiej wiosce, która przeżywa swoje kryzysy i wzloty, gdzie żyją osoby, które chciałyby zrobić więcej, pójść dalej, zaprosić przyjaciół do wspólnego działania, znaleźć swoje powołanie i realizować wśród tego otoczenia swoje posłannictwo. Zarówno rozwiązywanie problemów małej społeczności lokalnej jak wspólnotowe angażowanie się w trudne sprawy życia tutejszych ludzi może być przeżywaniem jedności w ramach różnych tradycji zachowań, współistnienia ludzi z różnych kręgów kulturowych, ale jednak wyznających podobne wartości. Potwierdzeniem tego wydają się budowle kościelne, które od lat stoją naprzeciwko siebie zapraszając się nawzajem szeroko otwartymi drzwiami. Jak ludzie, którzy żyją obok siebie uznając swoją inność.

Słucham i patrzę. Z uwagą śledzę każdą wypowiedź, każdą sugestię, bo wiele w tym mądrości życiowej, sprawdzonej doświadczeniem taktyki, ewangelicznego przypomnienia.

Kolejny ciepły poranek, trochę podsumowań i jeszcze na zakończenie msza święta domowa. Stół nakryty białym obrusem, pachnący liliowy bez z ogródka i niezapominajki w wazonie. Świeca, czerwone wino, chleb pszenny i obraz Matki Bożej Kodeńskiej. Zgromadzeni razem tworzymy tę małą modlitewną wspólnotę, w ciszy, jakimś uroczystym uniesieniu, choć rekwizyty tej liturgii są symboliczne i wydawałoby się, że ubogie. Ale nie ma to znaczenia. To serce i szczera modlitwa wyznaczają rangę tego spotkania, w którym czuję obecność jakby jeszcze innych osób.

Czas się żegnać i wsiadać do autobusu.

Anna Tchórzewska

12 maja 2013

1 thought on “Wokół spotkania sprzed 1/3 wieku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *