Tutaj uczę się Kościoła

Tutaj uczę się Kościoła

Kościół w Afryce Północnej nie jest doskonały. Żyję już na tyle długo, żeby całkowicie porzucić mrzonki o moralnej doskonałości jakiejkolwiek cząstki rodzaju ludzkiego, nawet tej uświęconej łaską Chrystusa. Jest w nim jednak coś, co można znaleźć tylko w Kościele słabym i małym: jest prosty. A ponieważ chrześcijaństwo w swej istocie jest przerażająco proste, żyjąc między chrześcijanami Afryki Północnej uczę się Kościoła niejako na nowo.

Nie będę miotał gromów na Kościół w Polsce z dwóch powodów: kocham go, bo jest moją Matką, i Pan go kocha, żeby był moją Matką. Świadom jednak jestem, że każdy z nas jest ukształtowany przez świat, w którym żyjemy, a wspólnoty chrześcijańskie naznaczone są przez okoliczności w jakich funkcjonują. Historia Kościoła w Polsce nadała charakter naszemu sposobowi przeżywania chrześcijaństwa, tak jak mnie ukształtowali moi rodzice, rodzeństwo, przyjaciele i wrogowie, a nawet pogoda w naszym kraju. Nie ma zatem najmniejszego sensu oceniać, a już zupełnie bezcelowe jest wywracanie oczami na myśl o takiej czy innej cesze Kościoła w Polsce. Sens ma za to pewna wolność - tak wobec siebie samego, jak wobec własnej wspólnoty - która pozwala wypuścić z rąk to, co moje, odejść od tego, jak do tej pory działałem i myślałem, i przyjąć nowy sposób istnienia. Ecclesia semper reformanda przypomina, że Kościół nigdy nie jest ukształtowany raz na zawsze, ale każda wspólnota podlega przemianom. 

Pozwólcie zatem, że powiem wam, czego się nauczyłem w Afryce Północnej o Kościele, a czego nie nauczyłem się w Polsce.

Przede wszystkim dotarło do mnie, że świat nie jest chrześcijański, że Królestwo Boże jest zaczynem, ziarnem, zasiewem. Tutaj Kościół nie tworzy państwa ani kultury w taki sposób, jak w Polsce. Tutaj idea Tunezyjczyk - katolik byłaby jakąś totalną aberracją. Kościół żyje tutaj głęboko zanurzony w świat, ma poczucie, że jest przez niego przyjmowany i że ma wobec niego swoiste zadanie. I tym zadaniem nie jest panowanie, pouczanie czy porządkowanie świata, ale przede wszystkim poruszanie jego głębi, dotykanie jego serca, odsłanianie przed nim tego, co w Kościele jest opromienione światłem objawienia.

Będąc tak blisko właściwego mu zadania ten mały Kościół chyba łatwiej dostrzega to, co w chrześcijaństwie jest najważniejsze. Skoro nie ma swojego radia ani telewizji, skoro nie może bratać się z politykami i biznesmenami, skoro nie ma rządu dusz, żeby walczyć z taką czy inną ideologiczną zarazą, z konieczności niejako zajmuje się tym, co istotne: kocha. Daleki jestem od namawiania Kościoła w Polsce do odcinania się od mediów, świata polityki czy biznesu, do porzucenia udziału w społecznej debacie o tym, co sprawiedliwe i dobre. Chodzi mi tylko o to, że czasem zapominamy o tym, że naszym wyjątkowym zadaniem, którego nikt nie może wykonać za nas - skoro to nam dano wiarę w zmartwychwstanie - jest miłowanie przede wszystkim i do końca, miłowanie braci we wspólnocie i miłowanie naszych nieprzyjaciół. Kościół we wszystkich swoich członkach ma za zadanie żyć w codzienności Duchem Pana. Wspólnota chrześcijańska w Polsce w natłoku innych zadań łatwo może stracić to z oczu, Kościół w Afryce Północnej, ogołocony z tysięcy zadań, które w Polsce są chlebem powszednim Kościoła, traktuje to jako coś bardziej oczywistego.

Ta oczywistość przekonania, że chrześcijaństwo jest w swej istocie sposobem życia, prowadzi do pięknej prostoty we wzajemnych relacjach: biskupi są jak ojcowie, księża jak bracia, siostry jak siostry, a wierni jak przyjaciele. Kościół to nie instytucja, ale wspólnota, nie pozbawiona wad - oczywiście - ale braterska.

Gorąco Was zachęcam do obejrzenia krótkiej relacji z mszy, którą po święceniach odprawił w tunezyjskiej katedrze nowy biskup Hippony, Nicolas. Posłuchajcie fragmentów jego homilii, posłuchajcie śpiewu Kościoła, przyjrzyjcie się zgromadzeniu: to ten sam Kościół co nasz, rzymski, katolicki Kościół. A jednak trochę inny.

ks. Przemysław M. Szewczyk